Widzę tylko tyle, ile widać w moim zwierciadle...
czwartek, 14 lipca 2011
Wprowadzajcie w życie zdobycze nauki radzieckiej

W Gdyni zostałem zakwaterowany w szkolnym internacie, egzamin trwał bowiem kilka dni. Zanim sprawdzono moją wiedzę, poddano mnie szczegółowym badaniom lekarskim. Aby dostać się do Państwowej Szkoły Morskiej należało mieć żelazne zdrowie. Najprawdopodobniej ktoś wyszedł z całkiem słusznego założenia, że praca na morzu nie jest zajęciem dla słabeuszy i kandydatów poddawano naprawdę szczegółowej weryfikacji. Obok tych standardowych  - lekarskich, w zakres badań wchodziły również badania antropometryczne. Jednym z parametrów opisujących warunki przyszłego adepta był stosunek wagi do wzrostu. Cóż... muszę w tym miejscu wyznać, że całe swoje młodzieńcze życie miałem kompleksy z powodu mojej kościstej postury. Nie pomnę już ile wojen stoczyłem z mamą, która uparcie ubierała moje chudzieńkie nogi w krótkie porcięta… Wzrostu w przeciwieństwie do masy natura mi nie poskąpiła, wskaźnik wypadł więc gorzej, niż źle i zapłonął czerwoną kontrolką na formularzu kwalifikacyjnym. Uratował mnie fakt, że reszta była naprawdę bez zarzutu. Mówiąc kolokwialnie – ustalono, że jestem chudy jak badyl, lecz zdrowy jak koń. Po badaniach nareszcie mogłem podejść do egzaminu.

Matematyka i fizyka nie budziły mojego niepokoju, obawiałem się natomiast czegoś zupełnie innego. Lata mojej wczesnej młodości przypadły na czasy stalinowskiego terroru, jakiekolwiek odstępstwo od jedynie słusznego światopoglądu było wtedy niebezpieczną fanaberią. PSM w Gdyni szkoliła marynarzy – ludzi, dla których praca oznaczała kontakt ze światem. Nie tylko z socjalistycznym światem, a więc potencjalnie także z imperialistycznym szpiegiem, wrogiem klasowym i zaplutym karłem reakcji…  W obliczu tego nie może dziwić fakt, że przykładano niezmierną wagę do nieskazitelnej postawy kandydatów. Każde odchylenie od obowiązującej opcji oznaczało dyskwalifikację. Podczas egzaminu obok znajomości przedmiotów ścisłych sprawdzano naszą wiedzę na temat współczesnego świata. Wiedzę miałem wystarczającą, podobnie jak świadomość tego, że z poglądami wychylić się nie mogę. Te odbiły mi się czkawką dopiero po ukończeniu szkoły, gdy nie dostałem licencji na pływanie ze względu na adnotację: „budzi wątpliwości jego stosunek do socjalistycznej rzeczywistości”. Jakimś cudem podczas rekrutacji przeoczono również pochodzenie mojego ojca i fakt, że miałem bliską rodzinę w RFN. Przed moim bratem zamknięto z tego powodu drzwi szkoły lotniczej w Dęblinie. Wygląda na to, że miałem od niego znacznie więcej szczęścia…

Po kilku dniach ogłoszono wyniki. Dostałem mundur i własne łóżko w internacie. Nie wróciłem już do Łodzi, moje rzeczy osobiste spakowano i odesłano do mamy. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że nieprędko ją  zobaczę… Dziś wiem, że to był początek mojej samodzielnej drogi.

 

środa, 06 lipca 2011
Nad morze

Druga Wojna Światowa, podobnie jak dla innych rodzin, również i dla mojej nie miała litości. Ojciec, pochodzący ze związku Austriaczki i Polaka odmówił kategorycznie podpisania Reichslisty i ostatecznie wylądował karnie w zakładach zbrojeniowych w Laband (Łabędy), pracując w niewoli przy budowie czołgów. Trud utrzymania rodziny spoczął od tej chwili wyłącznie na mamie, która musiała pójść do pracy. Znalazła zatrudnienie we włoskim obozie jenieckim, gdzie zajmowała się sprawami gospodarczymi. Zaraz po wojnie często zmienialiśmy miejsce pobytu, ostatecznie wylądowaliśmy w Łodzi, gdzie mama została kierowniczką dużej stołówki. To była dobra praca dla samotnej kobiety z dwójką dzieci. Rodzice byli już  wtedy po rozwodzie, zresztą ojciec wycieńczony katorżniczą pracą zmarł  dziesięć lat po zakończeniu wojny. Mama nigdy nie wyszła ponownie za mąż, mogła więc liczyć wyłącznie na siebie.

Po ukończeniu szkoły powszechnej rwałem się do dalszej nauki. Bardzo pragnąłem dostać się do technikum na wydział mechaniczny, jednak okazało się że wszystkie miejsca były już zajęte. Zrezygnowany zapisałem się więc na wydział chemiczny i być może spędziłbym swoje zawodowe życie w białym fartuchu któregoś z łódzkich laboratoriów, gdybym w czasie wakacji nie spotkał Ryśka i nie dowiedział się od niego o istnieniu Państwowej Szkoły Morskiej w Gdyni, kształcącej nawigatorów i mechaników okrętowych. Czas pokazał, że nauka w PSM była dla Ryśka za trudna - nie udało mu się przetrwać nawet drugiego roku. Wtedy jednak był jeszcze niczego nieświadomym szczęściarzem, któremu udało się do niej dostać.    

Okrętowy, czy lądowy - co za różnica - mechanik to mechanik, pomyślałem i nie zastanawiając się długo  zmontowałem ekipę kilku chłopaków, z którymi ruszyliśmy wspólnie do Ministerstwa Żeglugi w Warszawie, odpowiedzialnego za rekrutację. Na miejscu powiedziano nam, że procedura naboru już dawno została zamknięta, a właściwie to czego tu szukamy i szwędamy się nieproszeni po bardzo ważnej instytucji… Dostaliśmy solidną burę od pani urzędniczki, ale ubłagaliśmy ją ostatecznie, by zapisała nasze nazwiska, adresy i inne dane w razie gdyby zapadła decyzja o dodatkowym naborze. Wróciliśmy do Łodzi bez cienia nadziei.

Pogodzony z losem poszedłem we wrześniu do swojego technikum, aż któregoś dnia niespodziewanie dostałem informację z Ministerstwa, że mam stawić się na egzamin wstępny w Gdyni. Spośród wszystkich chłopców tylko ja jeden dostałem list… Niewiele myśląc rzuciłem wszystko i wsiadłem w pociąg jadący nad morze.

wtorek, 28 czerwca 2011
Mów, tato...

Jakiś czas temu napomknęłam, że chciałabym spisać wspomnienia mojego taty, który kilkadziesiąt lat swojego życia spędził na morzach i oceanach całego świata. W zakamarkach pamięci chowa wiele ciekawych historii, które bardzo chciałabym ocalić. Dziś wstęp, bez którego dalsze opowieści na pewno nie byłyby pełne. Mów, tato... ja zapiszę.

Od dziecka doskonale wiedziałem co chciałbym robić w życiu. Biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, które ostatecznie doprowadziły mnie do realizacji moich dziecięcych marzeń, sądzę że los w dniu urodzin przypisał do mnie mój zawód. Nie wierzę w żaden szczęśliwy przypadek. Tak po prostu miało być.

Mój ojciec był mechanikiem. Szlify zawodowe zdobywał w jednej z pierwszych fabryk samochodów osobowych na świecie – w zakładach Rover w Wielkiej Brytanii. Pracował tam jako jeniec wojenny podczas I Wojny Światowej. Pomimo trudnych początków i niezbyt zachęcających okoliczności odkrył w sobie talent i prawdziwą miłość do aut. Po powrocie do rodzinnej miejscowości był już  wysokiej klasy specjalistą w bardzo rzadkim jak na owe czasy fachu. Szybko znalazł dobrą posadę u najpotężniejszego fabrykanta w mieście, a jego zadanie polegało na utrzymywaniu w idealnym stanie technicznym dziewięciu wspaniałych pojazdów z prywatnej kolekcji państwa Erbe.  Były wśród nich piękne limuzyny, szybkie auta sportowe, terenówki - Ople, Mercedesy, Adlery…

Mieszkaliśmy w domu na terenie fabryki. Każdego dnia miałem możliwość podglądać ojca w pracy, a z czasem zaraziłem się jego pasją. Patrzyłem na błyszczące automobile i marzyłem, że któregoś dnia będę miał swój własny. Miłość do maszyn została mi na całe życie, każdy swój samochód traktowałem jak członka rodziny, z należną troską i szacunkiem. Nie było ich wiele, zaledwie kilka w całym moim życiu, każdy doczekał zasłużonej emerytury w bardzo dobrym stanie.

Będąc małym chłopcem umiałem już z pomocą ojca poprowadzić samochód, zaś początki szaleństwa na motocyklu odnotowałem ze swoim niemieckim kolegą Rudkiem w wieku zaledwie pięciu lat. Do dziś nie wiem jakim cudem udało się nam odpalić silnik. Pamiętam za to jaki pościg przypuszczono za dwójką urwisów mknących na stalowym rumaku. Cóż to była za afera… Mogę więc śmiało powiedzieć, że moja pasja trwa nieprzerwanie od siedemdziesięciu lat i nie będzie w tym ani słowa przesady.

Jestem mechanikiem.

stat4u