Widzę tylko tyle, ile widać w moim zwierciadle...
piątek, 16 września 2011
Straszny dwór

Zabieram się do tego wpisu jak do jeża, bo jakoś tak zupełnie niepatriotycznie nie lubię narzekać. Obiecałam jednak swego czasu relację z wypadu w Beskid Niski, więc wychodzi na to, że aby dotrzymać słowa – ponarzekać jednak muszę. No, niestety.

Wyjazd ów, jak już wspominałam, miał być podróżą sentymentalną do miejsca, w którym przeszło dwadzieścia lat temu poznałam swoich najlepszych przyjaciół. Tak się złożyło, że w ich przypadku znajomość zawarta na młodzieżowym obozie w górach okazała się miłością na całe życie. Podczas tych dwudziestu kilku lat dochowali się trójki dzieci i wyemigrowali do zamorskiego kraju, gdzie mieszkają na stałe. Siłą rzeczy widujemy się dość rzadko, więc jeśli już mamy okazję –  staramy się wykorzystać ten czas do maksimum. Aby wreszcie  nacieszyć się sobą, zaplanowaliśmy na sierpień wspólne wakacje w schronisku górskim w Bartnem, dokładnie w tym samym, co niegdyś. Decyzja zapadła już w zeszłym roku. Każdy rozsądny człowiek postukałby się pewnie w głowę na wieść o tym, że planujemy przejechać prawie tysiąc kilometrów (w ich przypadku łącznie prawie dwa) w jedną stronę, tylko po to, by dotrzeć do drewnianej bacówki  ukrytej wśród beskidzkich błot i lasów. Nam jednak wydawało się zupełnie oczywiste, że któregoś dnia wrócimy w to miejsce. Czekaliśmy tylko, aż dzieci podrosną do tego stopnia, by bez problemu znieść tak długą podróż i wędrówkę po górach.

Monotonność całonocnej podróży przełamywaliśmy audycją w Radio ma Ryja. Teorie spiskowe i bajdurzenia o zamachu we mgle skutecznie podnosiły nam poziom adrenaliny w krwiobiegu. Kto nie znał tej metody na odpędzenie snu w trakcie nocnej jazdy – nich spróbuje. Radio ojca dyrektora jest wprost niezawodne i odbiera  nawet w najczarniejszych czeluściach naszego kraju. Swoja drogą, sądzę że to wcale nie przypadek.

Po kilkunastu godzinach jazdy dotarliśmy na miejsce. Asfaltowa droga zaprowadziła nas wprost do schroniska. Dwadzieścia dwa lata temu musieliśmy pokonać ją na własnych nogach, o żadnej asfaltówce nie było mowy. No nic, może to i lepiej – pomyślałam. W końcu jesteśmy bardzo zmęczeni, a dzieciaki głodne i marudne. Gdy wysiadłam z auta – dopadły mnie jednak wątpliwości. Czy to na pewno to samo miejsce, co kiedyś? Spojrzałam na przyjaciół – w oczach mieli to samo pytanie… Wysokie na dwa metry chaszcze zagłuszyły słoneczną polankę nad strumieniem, gdzie niegdyś drewniane ławy stały w pobliżu miejsca na ognisko. Zamiast słonecznej przestrzeni, wokół panował wilgotny mrok, rodem z ciemnej strony mocy. Psychodeliczny efekt potęgowały zakrwawione kukły, ustawione wokół schroniska i ogromne, plastikowe  pająki rozwieszone  na sznurowych pajęczynach. Co to do cholery jest??? Schronisko górskie, czy rezydencja rodziny Adamsów? Nie po to jednak człowiek jedzie setki kilometrów, żeby tak łatwo się zniechęcić. Tym bardziej, że gospodarz spodziewał się nas już od stycznia, a zaliczka tytułem rezerwacji została wysłana w lipcu…

Pierwsze kroki w schronisku odurzyły nas smrodem, jaki mogą wydzielić tylko wieloletnie pokłady niesprzątanego brudu. Mrok zapanował jeszcze większy, niż na zewnątrz. Nic dziwnego – w większości oprawek brakowało żarówek. Dobrze, że schody kleiły się niemiłosiernie, bo przynajmniej przyczepność była na tyle dobra, by nie spaść z nich, błądząc w ciemnościach. Gospodarz zdawał się być zaskoczony i rozczarowany, że w ogóle nas widzi. Na powitanie, wydając nam zatęchłą pościel niemal obrażony wydukał, że woli obsługiwać większe  grupy. Cóż… grupa siedmiu osób jak na warunki  niewielkiego schroniska wydawała mi się całkiem spora. Do tego na tydzień… Widać towarzyszyło mi zgoła błędne przekonanie. Wszystkie pokoje w bacówce stały puste, lecz gospodarz miał wielki problem z tym  gdzie nas ulokować. Spodziewał się podobno w najbliższych dniach owej tajemniczej  większej grupy. Pokoje dysponowały jedynie łóżkami wyposażonymi w materace, pamiętające czasy naszej wczesnej młodości. Zwichrowane okna nie chciały się domykać, a do drzwi nie można było otrzymać kluczy. Było to o tyle dziwne, że zajmując z mężem pokój dwuosobowy spodziewaliśmy się minimum prywatności, a i bezpieczeństwo nie było bez znaczenia. Wychodząc w góry, miałam zostawić wszystko na łaskę i niełaskę losu…  Prawdziwy szok przeżyłam jednak na widok sanitariatów. Drzwi do toalety oczywiście się nie zamykały, wszędzie syf i ruina. Na bank nie były remontowane od czasu naszej ostatniej wizyty. Standard pogorszył się również o brak ciepłej wody. W opisie schroniska widniała informacja o możliwości skorzystania z miejscowej kuchni.  Byliśmy głodni, nie bez obaw podążyłam więc do jamy gospodarza z pytaniem o możliwość odgrzania fasolki po bretońsku. W odpowiedzi usłyszałam, że takie fanaberie trzeba meldować panu na dwie godziny wcześniej, a tak w ogóle to on nie lubi jak mu się ktoś po kuchni pałęta. Zwierzył mi się również niechętnie,  że uciekł w to miejsce przed ludźmi, bo generalnie bardzo nie lubi ich towarzystwa. Cóż… tego zdążyłam się już domyślić. Po wejściu do kuchni domyśliłam się również powodu, dla którego konieczna była wcześniejsza awizacja chęci przygotowania jedzenia. Burdel panujący w tym pomieszczeniu i ilość brudnych garów, piętrzących się w zlewie przerosły moje najśmielsze oczekiwania co do bałaganu, jaki można zrobić w kuchni. Ciekawe od kiedy tam zalegały, bo tak jak już wcześniej wspomniałam – w schronisku nie było żywej duszy, za wyjątkiem gospodarza. Zdruzgotani ruszyliśmy do wsi, by pozbierać myśli. Pierwszy napotkany dom z napisem Noclegi zainspirował nas do dalszych działań. Gospodyni pokazała nam duży, jasny pokój, czystą łazienkę z ciepłą wodą, przestronną kuchnię z imponującym piecem… wszystko to w cenie zatęchłej nory w czymś, co kiedyś było schroniskiem. Decyzja zapadła od razu, pozostała jedynie kwestia odzyskania zaliczki. Uwierzcie, nie było łatwo. Pan gospodarz twierdził, że nie wie, czy zaliczka w ogóle wpłynęła. Niespecjalnie mnie to zdziwiło, bo potwierdziło to jedynie jego analny stosunek do prowadzonego przezeń interesu. Skasował nas za wydaną pościel, choć nie została użyta i za… dostęp do kuchni.

Nie wiem jakim cudem taki człowiek wpadł na pomysł, by prowadzić PTTK-owskie schronisko. Najprawdopodobniej uciekł w te rzadko odwiedzane rejony przed całym światem, licząc na święty spokój. Rzeczywiście – wychodząc na szlak, można tu nie spotkać  przez cały dzień żywej duszy… Nie mam pojęcia jakie problemy go dotknęły, ani przed czym ucieka, ale wiem, że do prowadzenia schroniska górskiego trzeba mieć zgoła inną motywację, za którą stoją serce i powołanie. Takie miejsca są zwykle bardzo skromne i nie oferują luksusów,  lecz przesycone są wyjątkową atmosferą oczekiwania na strudzonego wędrowca. Bacówka w Bartnem jedynie odstrasza i zniechęca. Ostrzegam, jeśli kiedyś rzuci Was w to uzdrowisko, trzymajcie się z dala od tego ponurego miejsca.

09:40, lady_lavender , podróże
Link Komentarze (14) »
czwartek, 08 września 2011
Dwa dni w Trójmieście

Zauroczona Helem, Skwerem Kościuszki, sopockim molo i nowym stadionem próbuję bezboleśnie powrócić do normalnego trybu. Dwa dni to całkiem niewiele, ale okazuje się że wystarczająco dużo, by oderwać się od codzienności i przeżyć coś fantastycznego.

Pierwszy chłód późnego lata wyostrza krajobraz niezwykłym kontrastem. Przez krótką wrześniową chwilę jesień walczy z latem o panowanie nad światem. Przenikliwy wiatr porywa słoneczne ciepło i niesie hen daleko ku wodzie, napełniając nim kolorowe latawce kitesurferów, rozkwitające niczym rajskie ptaki na kryształowo czystym niebie. Biel żagli odbija srebrzystą poświatę wciąż gościnnego morza, tylko groza coraz bardziej grafitowej toni bezlitośnie przypomina o schyłku lata. Raz jeden w roku słońce składa na twarzy gorące pocałunki, a wiatr zmywa je lodowatym powiewem i nie wiem już – lato wciąż, czy jesień? Na wszelki wypadek zapinam przezornie zabrany sweter.

Na Skwerze Kościuszki szukałam wspomnień mojego taty. Pomimo niewątpliwych zmian, jakie zaszły w tym miejscu w ciągu kilkudziesięciu lat, odnalazłam je w dumnych masztach Daru Pomorza, w pięknie odnowionym budynku Akademii Morskiej, w linii horyzontu, na którą patrzył co dnia będąc młodym chłopcem. Zadzwoniłam do  ojca  stojąc przed dawnym wydziałem mechanicznym i mówiłam, co widzę. Złapałam wzruszenie i uśmiech w słuchawce…

Skąpane w słońcu sopockie molo urzekło mnie rozmachem i przestrzenią, zaskoczyło nowiusieńką mariną i bazą żeglarską z prawdziwego zdarzenia. Opustoszałe już, lecz wciąż słoneczne plaże zapraszały do morskich kąpieli. Kilku śmiałków skorzystało z zaproszenia, brodząc w wodzie jedynie w kąpielówkach. Pozazdrościłam im przez chwilę, upał wczesnego popołudnia stał bowiem dzielnie na straży lata, trzymając jesień z dala od trójmiejskiego kurortu.

Gdańską część dnia rozpoczęliśmy w niezwykle przytulnym, schludnym i jak na moje wymagania wręcz luksusowym hoteliku. Ucieszyło mnie to niezwykle, bo  dobre samopoczucie w miejscu, w którym mam spać jest dla mnie bardzo istotne. Hotel stanowił  dla mnie  niewiadomą, bowiem wybrany i opłacony został przez sponsora, który ufundował wygrane przez męża bilety na wtorkowy mecz Polska – Niemcy. Brawa i podziękowania za trafny wybór.  Do nowiusieńkiego stadionu dotarliśmy piechotą. Chętnie przeszłam pięć kilometrów spacerem w towarzystwie biało – czerwonych szalików aż do połyskującej w słońcu bryły stadionu, przypominającej wielki, złocisty bursztyn. Stadion jest piękny i bardzo nowoczesny, a organizatorzy jak najbardziej stanęli na wysokości zadania. Policja była dosłownie wszędzie i pilnowała porządku, monitorując sytuację z lądu i powietrza. Zadym nie było, wejście na mecz i opuszczenie obiektu przez kilkadziesiąt tysięcy ludzi odbyło się moim zdaniem bardzo sprawnie. Byli oczywiście i tacy, którzy narzekali, że na wyjazd samochodu spod stadionu musieli trochę poczekać, ale dla nich tylko  teleportacja z trybuny wprost do dużego pokoju byłaby rozwiązaniem komfortowym.  Do tej pory oglądałam mecze wyłącznie w telewizji i muszę powiedzieć, że zgodnie z przewidywaniami mojego męża wersja live tego widowiska zaskoczyła mnie po pierwsze – brakiem komentatora, po drugie – brakiem powtórek. Straszna sprawa. Nie wiem czy to Dariusz Szpakowski komentował tego wieczoru ów mecz dla TV, ale bardzo mi go brakowało;-) Zapomniałabym. Do organizatorów mam jeden maleńki żal. Pod koniec pierwszej połowy spotkania zauważyłam na murawie maleńkiego ptaszka, który pałętał się w wielkim stresie pod nogami piłkarzy. Najprawdopodobniej miał złamane skrzydło, bo nie mógł odlecieć, pomimo wielokrotnie podejmowanych prób. Za każdym razem gdy akcja zbliżała się do niego – drżałam, by nie dokonał żywota, stratowany przez piłkarzy. W przerwie meczu mąż zgłosił ten fakt ochronie, jednak nikt nic z tym nie zrobił. Biedne zwierzątko pozostawiono samo sobie.

Następny dzień przywitał nas strugami deszczu. Ruszyliśmy na Westerplatte, stamtąd na gdańską starówkę i dalej – na Hel. Pogoda podarowała nam tego dnia kilka słonecznych godzin. Wystarczyło w sam raz, by docenić piękno złocistych iglic starego miasta i pomknąć dalej kaszubską mierzeją ku kolorowym latawcom i białym żaglom. Wystarczyło jeszcze, by ujrzeć imponującą tęczę rozpiętą nad zieloną łąką, a za moment wpaść w rzęsisty deszcz na drugim jej końcu i powitać czekającą tam jesień…

13:54, lady_lavender , podróże
Link Komentarze (20) »
piątek, 05 sierpnia 2011
Ostatni dzień w Prowansji

Dziś ostatnie wspomnienie z tegorocznego wypadu do Prowansji. Czas najwyższy zamknąć temat, bo od poniedziałku ruszam ku nowym przygodom. Będą zdecydowanie bardziej kameralne, mniej światowe i nader skromne - schronisko, góry i dawno nie widziani przyjaciele. Cieszę się wcale  nie mniej, choć charakter wyprawy będzie zupełnie inny. Żeby tylko pogoda dopisała, a na pewno nasza podróż sentymentalna w przeciwległy koniec Polski będzie bardzo udana. Sentymentalna – bo  wracamy w miejsce, w którym poznaliśmy się 22 lata temu. No dobrze, ale zanim przeniosę się w Beskidy – jeszcze ostatnie słówko o Prowansji.

Niewielkie miasto Cagnes sur Mer, w którym zainstalowaliśmy naszą bazę noclegowo – socjalną odkryliśmy tak naprawdę w ostatnim dniu pobytu we Francji. Napisałam o bazie noclegowo – socjalnej, bo w naszym domku, zlokalizowanym na naprawdę fajnym campingu przebywaliśmy jedynie w celu zaspokojenia niezbędnych czynności  takich jak spanie, jedzenie i mycie. Całą resztę czasu przeznaczaliśmy na włóczenie się po dalszej i bliższej okolicy.

Cagnes sur Mer położone jest na linii Lazurowego Wybrzeża,  plaża w centrum miasta jest  niewielka i kamienista. Szczerze mówiąc szkoda mi było czasu na leżenie na leżaku, to zawsze mogę zrobić na mojej ukochanej szerokiej, piaszczystej plaży w Świnoujściu lub w Wisełce. Skusiło mnie coś innego. Na stromym wzniesieniu górującym nad miastem znajduje się przepiękne stare miasto z zamkiem Grimaldi na szczycie. Niewątpliwą atrakcją tego miejsca są reprodukcje obrazów znanych artystów zainstalowane w miejscach, z których obserwator ma widok na fragment miasta, służący malarzowi za temat  pejzażu. Wspaniała konfrontacja, wspaniały pomysł.

Najciekawsze jest jednak to, że w stareńkich kamieniczkach wciąż toczy się normalne życie. Listonosz wrzuca listy do skrzynek, a autobusik przeciska się dosłownie na centymetry pomiędzy zabudowaniami, jęcząc boleśnie na stromych podjazdach. Uroku temu miejscu dodają wszechobecne koty, wylegujące się w południowym słońcu.

Zwykle w życiu bywa tak, że nie doceniamy  tego, co akurat jest pod ręką. Niestety, doświadczyłam tego i tym razem, mijając wielokrotnie muzeum Renoira po drodze do innych miejsc. Myślałam, że zdążę, że jeszcze tyle czasu… Nie zdążyłam. Trudno – zajrzę tam następnym razem. Na pewno nie tylko po to będzie warto wrócić do krainy, którą pokochałam całym sercem, lecz z pewnością nie odkryłam nawet w połowie.

11:55, lady_lavender , podróże
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 18 lipca 2011
Cannes, Saint Tropez i kanion rzeki Verdon

Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że Młoda większość czasu spędzi na samodzielnych wojażach do Monaco, chcieliśmy więc choć jeden dzień przeznaczyć na wspólną wyprawę. Długo myśleliśmy co wybrać, studiując przewodnik. Ostatecznie wybór padł na Cannes, Saint Tropez oraz kanion rzeki Verdon. Odległości pomiędzy kolejnymi punktami wyprawy były znaczne, więc na zwiedzaniu zeszło nam od samego rana, do samego wieczora.

Jakby tu powiedzieć, żeby nie zabrzmiało obrazoburczo? Rozczarowało mnie Cannes… Serio. Kilka lat temu widziałam je po raz pierwszy i byłam zachwycona.  A w tym roku... było brudno i śmierdząco, że się tak kolokwialnie wyrażę.  I chyba to najbardziej zaważyło na moim ostatecznym odbiorze, bo poza tym pogoda była cudowna, morze lazurowo niebieskie, jachty niezmiennie piękne, a czerwony dywan na swoim miejscu. Aha, na canneńskiej promenadzie przybył jeden bardzo ciekawy element. W nieregularnych odstępach, na skwerkach i zielonych poboczach ulic ktoś poustawiał gigantyczne cukierki owinięte flagami państw z całego świata. Wygląda to naprawdę smakowicie. Naszego cukierka niestety nie udało nam się odnaleźć.

Legenda Saint Tropez obiecywała znacznie więcej, niż pokazała rzeczywistość. W gruncie rzeczy sama nie wiem czego się spodziewałam, ale po kolei… Na pierwszy ogień poszło poszukiwanie posterunku, znanego z serii filmów o żandarmie z Saint Tropez. W samym centrum ciasnego miasteczka, tuż obok hałaśliwej budowy ukazał się opustoszały budynek ze słynnym napisem, do którego ciągnęły pielgrzymki turystów. Wszyscy chcieli mieć fotkę na tle najsłynniejszej żandarmerii w historii kina, więc bardzo długo trwało, nim przyszła nasza kolej. Nie wiem jakim cudem, ale w końcu udało się uwiecznić budynek bez człowieka pod napisem.

Saint Tropez to niezwykle snobistyczne miejsce. W maleńkich lokalach stłoczonych w ciasnych uliczkach znajdziecie sklepy najbardziej luksusowych marek tego świata. Wyglądało to trochę jak kwiatek przypięty do kożucha, ale być może to tylko moje wrażenie. Przecież  są na tym świecie ludzie, dla których zakupy w takich miejscach to codzienność. Kto powiedział, że podczas wakacji na jachcie nie można zapragnąć nowej sukienki, czy bucików… a wtedy Armani, Dior, czy Channel – jak znalazł. Szkoda, że z podobnego założenia co do zamożności klientów wyszły miejscowe lodziarnie i za jedną gałkę kazały sobie płacić trzy razy więcej, niż gdzie indziej. Nie żałowałam jednak zakupu, bo lody były tam naprawdę pyszne.

Druga część naszej jednodniowej wycieczki przyniosła porcję niekłamanego zachwytu. Chyba dla równowagi. Jeśli ktokolwiek zapyta mnie co warto zobaczyć w Prowansji – odpowiem bez wahania, że kanion Verdon i okalające go tereny parku narodowego, gdzie szmaragdowa rzeka wyrzeźbiła wśród jurajskich wapieni wąwóz głęboki na kilkaset metrów. Droga prowadzi aż na szczyty okalających gór, zaś nad przepaścią przerzucone są mosty, z których rozciągają się niesamowite widoki. Trasa powrotna ciągnęła się wśród górzystych plenerów, alpejskich łąk i soczystej zieleni lasów. Alpy nadmorskie bezbłędnie trafiły w najczulsze struny mojej przyrodniczej wrażliwości.

13:15, lady_lavender , podróże
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 11 lipca 2011
Nicejskie niespodzianki

W Nicei nie zabawiliśmy zbyt długo, więc i długich wywodów nie będzie. Spośród niewielu rzeczy, jakie udało mi się w tym mieście zobaczyć, na uwagę zasługuje na pewno długa na kilka dobrych kilometrów promenada, oddzielająca kamienistą plażę od ruchliwej ulicy, przy której wybudowano nieskończoną ilość mniej i bardziej luksusowych hoteli. Ciągnie się ona od lotniska aż po port jachtowy i jest ulubionym miejscem ludności miejscowej i przyjezdnej. Spacerują, biegają, jeżdżą na rolkach i rowerach… piętro niżej smażą się na plaży. Nikomu jakoś nie przeszkadza obecność dwupasmówki  tuż obok.  Nicea powaliła mnie na kolana najbardziej lazurowym spośród lazurowych odcieni morza, zresztą spójrzcie sami. To oryginał, żaden tam fotoshop.

Zadziwił mnie również samochodzik zaparkowany na podziemnym parkingu. Miejsce postoju raczej świadczyło o tym, że wciąż jest na chodzie. Nie wyobrażam sobie bowiem, by ktoś wybrał tak drogie miejsce na pełnoetatowy garaż dla staruszka. Skoro już o środkach transportu mowa – Nicea jest miastem, po którym jeżdżą tramwaje… nie mam pojęcia dlaczego, ale zastanowił mnie ten fakt. Tramwaj pasuje mi do mrocznego, zimnego krajobrazu północy, wśród palm, w pełnym słońcu wyglądał, jak dla mnie, niezwykle egzotycznie.

Nicea miała dla nas jeszcze jedną, bardzo przyjemną i skłaniającą do refleksji niespodziankę. Fotki nie będzie, musicie uwierzyć mi na słowo, albo udowodnić sobie klikając w Google map. Mowa o ulicy Lecha Wałęsy. Władze miasta postanowiły przyznać naszemu rodakowi patronat nad całkiem znaczącą miejską arterią. Za żywota. Niezwykłe, co? Gdy zobaczyłam – wzruszenie ścisnęło mnie za gardło. Zastanawiam się co by było gdyby decyzję taką podjęło jakiekolwiek polskie miasto… wyobrażam sobie te niekończące się dyskusje, spory, wyciąganie teczek, analizę życiorysu i główny zarzut, że zainteresowany jeszcze żyje. Okazuje się, że nie mamy racji sądząc, że w szerokim świecie nikt nas nie docenia. Najczęściej nie doceniamy się sami, gubiąc wśród małostkowych sporów rzeczy o wiele bardziej istotne. A później łamiemy sobie głowę - jak zrobić promocyjny użytek z naszych narodowych symboli? Może wystarczyłoby nie szmatławić tego, co dobre, ogólnie uznane i szanowane? Jestem więcej niż pewna, że gdyby prezes PiS dowiedział się o istnieniu tej ulicy – następnego dnia wniósłby protest do władz Nicei wraz z żądaniem postawienia Lecha Wałęsy przed obliczem Świętej Inkwizycji. A może zażądałby tylko zmiany nazwy ulicy? W końcu wyrok już wykonał kilkanaście lat temu, paląc na stosie kukłę ówczesnego prezydenta.

11:29, lady_lavender , podróże
Link Komentarze (15) »
 
1 , 2
stat4u