Widzę tylko tyle, ile widać w moim zwierciadle...
czwartek, 18 sierpnia 2011
Anka

Zerka do lustra. Grymas dezaprobaty po raz kolejny  boleśnie wykrzywia jej wychudzoną, lecz wciąż ładną twarz. Nadejdzie w końcu taka chwila, gdy rzuci czymś ciężkim w jego kierunku. Bezsilność wzbiera w niej tak mocno, że w oczach pojawiają się łzy.

Najchętniej  zniszczyłaby wszystkie zwierciadła na tym świecie. Jak na złość w szkole tańca, do której jeździ regularnie raz w tygodniu jest ich cała ściana. To w nich widzi młode, piękne, szczupłe tancerki i siebie – podstarzałą dentystkę po czterdziestce z łapami jak niedźwiedź i stopami jak yeti. Gdyby tylko mogła je zoperować, podobnie jak nos i uszy…  Gdyby tylko istniała metoda korekcji zbyt dużych kończyn… Boże, dlaczego nie można nic z tym zrobić, to koszmar, to jakiś koszmar!

W pięknym, pustym domu właściwie nikt nie mieszka. Anka pracuje od rana,  później ma całą masę zajęć – fitness dwa razy dziennie, w przerwie shopping, manicure, kosmetyczka. Ostatnio zdobyła uprawnienia do wstrzykiwania botoxu, by nie tracić czasu i pieniędzy na wizyty u lekarza, parającego się medycyną estetyczną. Sama się ostrzykuje i tak jest najlepiej. Przynajmniej może robić to tak często, jak zechce.

W pięknej kuchni z dużym stołem z egzotycznego drewna nikt nie jada obiadów. Mąż wraca bardzo późno - taka praca. Jada na mieście. Anka żywi się prawie wyłącznie tabletkami odchudzającymi, walającymi się w niebotycznych ilościach po szafkach i szufladach kuchennych.  Za to w lodówce zawsze chłodzi się butelka Martini i oliwki. Co wieczór siada samotnie z poczuciem pustki i kieliszkiem w ręku. Próbuje  przypomnieć sobie kiedy ostatnio robiła mezoterapię.

11:09, lady_lavender , portrety
Link Komentarze (16) »
środa, 27 kwietnia 2011
Łowca

Nozdrza nieznacznie falują,  tropiąc w powietrzu kuszącą nutę ryzyka. Życie Łowcy staje się bez niej nijakie. Co tam nijakie – męczące, a to i tak zdecydowanie najmniej przykra rzecz jaką można o nim powiedzieć. Wystarczy więc drobny impuls przywodzący na myśl dawne szaleństwa, a Łowca łapie go chciwie i już wie, że nie zazna ukojenia. Jest jak świeża bryza, wiatr w żagle, jak skarb czekający na swego odkrywcę.

Cichy głos sumienia Łowca zagłusza przekonaniem, że wprawdzie przysięgał to i owo, lecz na emocjonalną flautę do końca życia to on się nie godził. No kto jak kto, ale na pewno nie on…  Pomimo, że znudzony do bólu,  doskonale wie ile ma do stracenia. Nie jest przecież idiotą. Nikt dobrowolnie nie rezygnuje z nabytych przywilejów. Cała rzecz w tym, by upolować smakowitą Zdobycz nie tracąc jednocześnie wygodnego życia, które czeka co dnia w cieple domowego ogniska. Poukładana Codzienność, choć nudna, ma jednak tę niewątpliwą zaletę, że otacza opieką nie tylko starannie zacerowane skarpety, lecz przede wszystkim Pulę skutecznie przekazanych genów. Najczęściej również konto bankowe, czego zaletą już nazwać się nie da. No, trudno... 

Mając na uwadze zwłaszcza to ostatnie, przezorny Łowca dobrze wie, że grunt to solidnie zabezpieczone tyły. Co mądrzejszy rozpoczyna więc poszukiwania kandydatki mającej do stracenia przynajmniej tyle samo, co on. Wie, że związana wspólną wizją utraty dotychczasowego stanu rzeczy jest rozwiązaniem o niebo lepszym, niż kobieta samotna, która prędzej czy później wyjedzie z żałosnymi pretensjami do wyłączności na Łowcę. Przecież nie po się to łowi, by samemu wpadać we wnyki. To chyba jasne.

Jeśli Łowca posiada od wielu lat ten sam numer telefonu lub adres mailowy – rozpoczyna poszukiwania wśród dawnych sympatii, z którymi przez lata nie miał kontaktu, lecz ich namiary przezornie zachował niby przypadkiem.  Cóż z tego, że dawno poukładały sobie życie bez niego – tym lepiej, może i one zdążyły się już zanudzić na śmierć. A nuż któraś poczuje ukłucie w sercu na widok jego imienia w nagłówku wiadomości? Pierwsza idzie na tapetę kandydatka, która zapisała się w pamięci Łowcy jako najbardziej ekscytująca. Napisz mi, że u Ciebie wszystko w porządku, napisz, że jesteś szczęśliwa. Tyle lat minęło, a ja wciąż nie mogę o Tobie zapomnieć – uderza tekstem dla pensjonarek i czeka na odpowiedź. Od tego momentu życie nabiera barw, a oczekiwanie wywołuje dawno nie widziane wypieki. Łowca wybiera więc starannie miejsce i moment na sprawdzanie skrzynki, by oznaki ekscytacji pozostały niezauważone. Najczęściej późny wieczór, gdy zmęczona Codzienność zasypia przyciskając do piersi Pulę skutecznie przekazanych genów. Jeśli Łowca ma szczęście –  Zdobycz łapie przynętę i polowanie prędzej, czy później kończy się pełnym sukcesem, gdzieś za miastem, w czasie kolejnych nadgodzin. Łowca wraca do domu z solidnie podbudowanym ego, lecz oczywiście bez Zdobyczy. O to właśnie chodzi. Po takich polowaniach łupów nie przynosi się do domu.  

08:35, lady_lavender , portrety
Link Komentarze (12) »
czwartek, 17 lutego 2011
Zuzia

Zuzia ma wszystko. Stylowy pokój w pięknym domu, złotą kartę kredytową i najlepsze ciuchy. Ma również gosposię i oczy pełne tęsknoty. Ciekawe za czym, skoro wszystko ma…

Krótka spódniczka ledwie zakrywała pupę, czternastoletni biust prężył się w głębokim dekolcie. Kolejny zestaw ubrań założony tego dnia niewiele różnił się od poprzedniego, rzuconego w kąt na podłogę drewnianego domku. Zuzia spędzała wakacje na morzem ze swoją koleżanką i jej mamą. Czas upływał jej głównie na doborze dodatków do stroju. Rodzice w tym samym czasie bawili na południu Europy. Nie po raz pierwszy w roku, za to kolejny raz bez Zuzi.

- Zuziu, pozbieraj swoje rzeczy. Dziewczynki, pozmywajcie po śniadaniu.

- Dlaczego ja? Na pewno nie będę zmywać, dopiero pomalowałam paznokcie…

Odwiedziłam je w czasie weekendu. Nad morze mam niedaleko, liczyłam na trochę słońca i pogaduchy z przyjaciółką. Lało jak z cebra…

- Widzisz, kochana… i tak cały czas – ja o coś proszę, a ona pyta dlaczego. Ciągle gapi się w lustro, dziś przebrała się już trzy razy. Zaczynam się martwić. To chyba jednak nie jest najlepsze towarzystwo dla mojej córki. A niby z takiego dobrego domu – matka ma tytuł doktora, a ojciec świetny biznes. – Przyjaciółka pokręciła głową.

Dziewczynki chodziły do jednego gimnazjum z moją córką. Słyszałam o Zuzi to i owo. Nie mogę powiedzieć, by cieszyła się dobrą opinią. Patrzyłam na nią i widziałam zagubione dziecko, przebrane w strój lolitki,  usiłujące za wszelką cenę zwrócić na siebie uwagę. Wystarczyło poświęcić jej chwilę, by łasiła się jak kot. Nie o moją uwagę jednak chodziło, podobnie jak nie chodziło wcale o zainteresowanie chłopaków z klasy, czy plażowiczów z wybrzeża. Chyba, że tych z południa Europy. Oni jednak, rozgrzeszeni kartą kredytową z limitem przekraczającym przeciętne miesięczne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw, zdawali się o tym zupełnie nie wiedzieć.

08:01, lady_lavender , portrety
Link Komentarze (15) »
czwartek, 03 lutego 2011
Wiola

Zaskoczyło mnie jej istnienie, choć była bardzo blisko. Drzwi, dwa metry korytarza i kolejne drzwi, za którymi rozciągało się pięćdziesiąt metrów kwadratowych jej świata, bez koleżanek, bez huśtawek i dzikich zabaw na powietrzu. Delikatna i filigranowa, jak laleczka wycięta z papieru, leciutka drobinka, gęsi puch…  Drzwi mieszkania  kryły przed ludźmi jej cierpienie, zbyt wielkie jak dla dziecka.

Jej młodsza siostra miała piękne, jasne włosy i buzię anioła. Uwielbiałam zaplatać jej warkocze. Bawiłyśmy się u mnie, do niej poszłyśmy jedynie po brakującą spinkę. – Kto to jest? – zapytałam cicho, widząc drobną postać pochyloną nad książkami. – Moja siostra.

Patrzyłam nieśmiało na szczupłe nóżki, jakby uszyte z materiału. Blizny układały się nierównym ściegiem wzdłuż ud. Drobne ciałko nosiło ślady ciężkiej walki chirurgów o to, by wprawić biodra Wioli w ruch. Kolejne operacje, kolejne rehabilitacje, kolejne sanatoria…

Nigdy nie wyszła na podwórko, nie zdążyła pobawić się z dziećmi. Czas tak szybko płynie… Dorosła, nim  z pomocą kul  wyruszyła w świat. Nigdy nie widziałam by płakała, była pogodna i cicha. Była bardzo dzielna.

Skończyła studia, wyszła za mąż, urodziła dziecko. Zrobiła prawo jazdy i poszła do pracy. Z każdym krokiem coraz bardziej doceniając życie.

10:57, lady_lavender , portrety
Link Komentarze (10) »
wtorek, 04 stycznia 2011
Ernst

Przyznaję, były takie momenty, gdy doprowadzał mnie do szału.

Wszystko zawsze wiedział najlepiej i wszędzie go było pełno. Niezachwiana wiara we własne możliwości sprawiała, że nader często mówił o sobie „Ich bin der Meister”. Zadowolenie malowało się na jego twarzy nawet wtedy, gdy wywiercił 16 dziur w suficie, by zawiesić jedną lampę. Potrafił również  zainstalować na cieniutkim kabelku kilka naprawdę prądożernych urządzeń. Chyba tylko cudem nie spalił chałupy i całej rodziny. Nie, no nie ma co mówić… miał raczej blade pojęcie o dziedzinach, w których czuł się mistrzem, a życie z nim przypominało życie na minie.

Jego postawa pełna była niegasnącego optymizmu i dziecięcej wręcz naiwności. Ten ogromny chłop całą swoją  osobą oznajmiał  światu, że na przekór temu co o nim sądzimy jest mistrzem i koniec. Mistrzem we wszystkim, żeby było jasne. Dobroduszna wiara w siebie była podstawą jego egzystencji, zaś niespożyta energia - jego znakiem firmowym, charakterem i fizjonomią bardzo przypominał mi Freda Flinstonea.

Pewnego dnia poczuł silny ból w piersi. Myśleliśmy, że to zawał.

To był dobry szpital.  Skandynawia słynie z dobrej opieki medycznej, przetestowałam na własnej skórze, więc wiem…

- Zostało panu nie więcej jak pół roku. To bardzo złośliwy nowotwór, tego się nie operuje. Nie zatrzymamy pana dłużej w szpitalu, bo już nic nie możemy zrobić. Zabierałby pan tylko miejsce komuś, komu jeszcze możemy pomóc. Bardzo mi przykro.

Zgasł w jednej chwili, jak bezbronny płomyk zaskoczony nagłym podmuchem wiatru. Gdybym na własne oczy nie widziała, nie uwierzyłabym że w ciągu kilku dni człowiek może przejść taką przemianę. Postawny, witalny  mężczyzna stał się niedołężnym starcem o pustym spojrzeniu. Właściwie to patrzył jak pies ze schroniska, szukający ratunku w każdym przypadkowym przechodniu, ale już bez wiary, bez nadziei…

Umarł w zaciszu schludnego gabinetu, w tej samej chwili gdy lekarz beznamiętnym tonem ogłosił mu wyrok śmierci, miast przedstawić diagnozę. Kilka miesięcy życia liczone od tej chwili było już tylko cichym konaniem. Nowotwór miał bardzo proste zadanie, pacjent nie stawiał żadnego oporu. Po co, skoro odebrano mu całą nadzieję?  Nie mam pojęcia co kierowało lekarzem,  być może modna w tamtym czasie teoria o mówieniu całej prawdy. Całą prawdę można jednak przekazać na wiele różnych sposobów. Niekoniecznie tak, by odebrać człowiekowi  wszystko, co stanowi trzon jego egzystencji.

07:57, lady_lavender , portrety
Link Komentarze (23) »
 
1 , 2
stat4u