Widzę tylko tyle, ile widać w moim zwierciadle...
poniedziałek, 31 stycznia 2011
Kwiaty

Gdzieś między Twoim kłamstwem, a moim smutkiem zawisły cierpkie niespełnienia - jak kuleczki zielonego agrestu.  Ich smak poczułam w ustach na rogu ulicy z kwiaciarnią, w której ktoś inny kupił mi kwiaty. Bardzo chciałam dostać je od Ciebie… Czy wiesz, że nigdy nie przyniosłeś mi kwiatów?

Od tamtej chwili zdecydowanie nie ufam facetom, którzy nigdy nie przynoszą kwiatów. I wcale nie chcę powiedzieć tym samym, że ufam wszystkim, którzy to robią;-)

10:04, lady_lavender , szuflada
Link Komentarze (9) »
piątek, 05 listopada 2010
Za Namibią i Białorusią

Z rankingu Banku Światowego "Doing Business 2011", określającego atrakcyjność państw dla inwestorów i przedsiębiorców wynika, że jesteśmy krajem, którym rządzi wszechobecna biurokracja, mamy wysokie koszty pracy i zbyt skomplikowany system podatkowy.

Dlaczego mnie to nie dziwi?

Jakiś czas temu prowadziłam ze znajomym niezwykle ożywioną wymianę zdań na temat efektywności wykorzystywania wszelkich zasobów w zależności od ich formy własności.  Mój rozmówca jest niezwykle inteligentnym i kulturalnym człowiekiem, z rozległą wiedzą dotyczącą przeróżnych zjawisk, jest również bacznym obserwatorem  obdarzonym niepospolitą wrażliwością, więc rozmowa z nim to zawsze przyjemność, niezależnie od tego czy nasze opinie są zbieżne, czy też zupełnie odległe.  W tym konkretnym przypadku nasze przekonania stanęły na zupełnie przeciwnych biegunach, co sprawiło że rozmowa przybrała formę zażartej dyskusji –  kulturalnej – owszem i pozbawionej chęci narzucenia swojego punktu widzenia stronie przeciwnej, ale muszę przyznać  że zapalczywość w obronie odmiennych racji była tak wielka, że aż sama byłam zdziwiona, szczególnie zważywszy na temat. Przecież ani on osobisty, ani dotykający bezpośrednio którąkolwiek ze stron, ktoś rzekłby – czysto akademicki i dobry na nudne naukowe wywody, więc skąd w ogóle ten ogień?

Zanim przejdę do sedna sprawy, wyjaśnię że mój adwersarz jest pracownikiem firmy jak najbardziej prywatnej, zaś ja pracuję w przedsiębiorstwie będącym w całości własnością Najjaśniejszego Skarbu Państwa. Temat własności kapitału od dawna jest mi bliski zarówno w teorii, jak i w praktyce, bo leży w sferze moich zainteresowań zawodowych, a i w trakcie studiów szczególnie zgłębiałam to właśnie zagadnienie. Świadomość ekonomiczna jaką nabyłam w toku edukacji  pozwala mi stwierdzić, że najbliższa moim przekonaniom jest w tym przypadku teoria neoliberalna znana pod nazwą szkoły praw własności. Postaram się nie przynudzać, więc odpuszczę sobie cytaty z własnej pracy dyplomowej i przełożę to na ludzki język w dalszej części wywodu, mając na uwadze że nie każdy jest entuzjastą teorii ekonomii.

Nie pamiętam dokładnie jak to się stało, że rozmowa wkroczyła w rewiry własności, najprawdopodobniej snuliśmy dywagacje na temat żywego jeszcze niedawno tematu opcji walutowych i tak jakoś od słowa do słowa, od zachłanności i nieudolności dyrektorów finansowych dużych państwowych firm przeszło na kapitał i jego właścicieli.

Mój rozmówca stwierdził, że nie może pogodzić się z powszechnym stwierdzeniem, że przedsiębiorstwo którego głównym właścicielem jest państwo z definicji skazane jest na złe zarządzanie, a jak już jest prywatne, sytuacja przedstawia się zgoła odwrotnie. Przecież i tu i tu pracują ludzie… 

Musiałam się nie zgodzić. Uważam, że państwo jest zawsze najgorszym właścicielem. Zarządza wszak swoim majątkiem za pomocą armii urzędników i namiestników, którzy nie są bezpośrednio zainteresowani wynikami przedsiębiorstw, bo one przecież nie są ich. W imię czego taki urzędnik ma się szarpać ponad swoje siły, skoro i tak nic dodatkowo z tego mieć nie będzie? Nie działa w tym przypadku najsilniejsze prawo, czyli prawo własności. Prywatna forma własności najbardziej sprzyja przedsiębiorczości, bo istnieje tu tak niezwykle silny motyw do uzyskania jak najwyższej stopy zwrotu z zainwestowanego kapitału, że cała działalność prywatnego przedsiębiorcy organizowana jest w zgodzie z nim. W przypadku państwowych firm rola właściciela jest niezwykle bierna i mało skuteczna, opiera się wyłącznie na instrumentach administracyjnych. Spróbujmy sobie odpowiedzieć na pytanie kim jest właściciel państwowej firmy… Skarbem Państwa, a więc kim? Ministrem? Premierem? Urzędnikiem Ministerstwa? Otóż nie. To twór bez twarzy, bez potrzeb w postaci chęci wyjazdu na fajne wakacje, zakupu nowego samochodu, czy wybudowania domu… Tak, owszem, chęci takowe przejawia wielu ludzi blisko z tym Skarbem związanych, ale połączenie polityki z gospodarką i patologie z tego wynikające to temat na zupełnie odrębne rozważania… 

Na to mój szanowny rozmówca stwierdził, że na całym świecie w różnych systemach mnóstwo jest państwowych firm, państwowej własności w ogóle, ba że przecież całe państwa bywają państwowe…  i zadał mi pytanie czy wolałabym żyć w państwie zarządzanym przez prywatną korporację. Stwierdził też, że nie widzi zasadniczej różnicy pomiędzy dużymi przedsiębiorstwami państwowymi i prywatnymi, bo jedne i drugie zatrudniają najemników w postaci pracowników.

No tylko tego mi było trzeba… i włączyła się do rozmowy moja rogata złośliwość, wypalając, że nasze państwo już raz państwowym w całości było, trwało to niemal pięćdziesiąt lat, co raczej imponującym wynikiem nie jest biorąc pod uwagę historię naszej państwowości, że było też takie państwo jak Związek Radziecki, ale jego chyba już też nie ma… ach tak, pozostało jeszcze jedno takie – Korea Północna, ale o ile mi wiadomo, to nie mają się tam najlepiej. A i są jeszcze Chiny ! No tak – Chiny, tyle ze tam gospodarka działa już wedle najbardziej krwiożerczych zasad kapitalizmu, więc chyba nie możemy Chin brać pod uwagę… Nie, nie chciałabym oczywiście żyć w państwie zarządzanym przez prywatną korporację, to byłaby skrajność. Wszędzie potrzebny jest złoty środek lub jak ktoś woli – równowaga. Coś musi zawsze stanowić przeciwwagę względem czegoś innego, by tamto nie wynaturzyło się i nie przeobraziło w bestię. Dlatego własność państwowa też jest potrzebna, ale powinno jej być jak najmniej, jak najmniej… Co do różnic pomiędzy przedsiębiorstwami państwowymi i prywatnymi – wiem, że i tu i tu pracują ludzie, tyle że na końcu drabiny w firmie prywatnej stoi człowiek żywotnie zainteresowany rezultatem działalności takiej firmy, a w państwowej, jak już wiadomo nie stoi nikt. Prezes to nie właściciel, to również pracownik najemny, a urzędnikowi rozliczającemu go z corocznego sprawozdania finansowego nie  zależy wcale na tym, by wynik był jak najlepszy. Jemu zależy na świętym spokoju. Najchętniej to on nie podejmowałby żadnych decyzji w obawie przed jakąkolwiek odpowiedzialnością w myśl starej urzędniczej zasady – pamiętaj – najlepiej to nie myśl, a jeśli już pomyślałeś – broń Boże tego nie mów, jeśli już powiedziałeś – to nie daj Boże nie pisz, jeżeli już napisałeś – to tylko się przypadkiem nie podpisuj, a jak już podpisałeś, to się k…a później nie dziw! Pracuję w firmie ze stuprocentowym udziałem Skarbu Państwa, więc wiem co mówię. Wiem również ile czasu i niepotrzebnej biurokracji wymaga uzyskanie zgody na cokolwiek. Wiele razy zdarza się tak, że zgoda przychodzi za późno i wszystko przepada, albo przychodzi odmowa wydania zgody, bo urzędnik przestraszył się odpowiedzialności. Prywatny właściciel szybko podejmuje decyzje w obawie przed utratą zysku…

Nie przekonałam swojego rozmówcy i choć ciągnęliśmy ten temat jeszcze długo, on nie przekonał również mnie. Ale przecież nie o to chodziło. Każdy ma prawo do własnych opinii, zawsze powtarzam ze na świecie byłoby po prostu nudno, gdybyśmy wszyscy byli tacy sami, a możliwość prowadzenia pasjonującej rozmowy pojawia się najczęściej właśnie wtedy, gdy zdania są podzielone. Oczywiście pod warunkiem, że strony dyskusji cechuje kultura i szacunek dla odmienności poglądów.

07:49, lady_lavender , szuflada
Link Komentarze (2) »
środa, 03 listopada 2010
Cosmobzdety

Rzadko bywam u fryzjera, u kosmetyczki pojawiam się doprawdy sporadycznie, ale za to u manicurzystki zamawiam sobie czas dwa razy w miesiącu. Lubię mieć zadbane dłonie i stopy i z przyjemnością oddaję się takim zabiegom upiększającym. Zakłady fryzjerskie, solaria, gabinety kosmetyczne mają swój szczególny klimacik – sprzyjający ploteczkom i zwierzeniom, panie czują się tam bezpiecznie, opowiadają zaufanym fryzjerkom i kosmetyczkom o swoich problemach, tak jakby bliski kontakt ze skórą i jej wytworami uprawniał do bliższego kontaktu z myślami… Mnóstwo w nich typowo kobiecych akcentów – od wystroju wnętrz, po prasę kobiecą… No właśnie… prasę kobiecą.

 Sporadycznie czytuję magazyny dla pań, nie znalazłam bowiem wśród nich żadnego tytułu dla siebie. Jedne przerażają mnie infantylizmem i wylewającą się z nich głupotą, inne zniesmaczają newsami z pogranicza kłamstwa i taniej sensacji,  jeszcze inne są dla mnie przeintelektualizowane i zbyt nadęte. Może i trudno mi dogodzić, ale szczerze mówiąc wolę z zainteresowaniem poczytać Duży Format z Wyborczej, niż ślepić się na te wszystkie kolorowe obrazki, przekonujące mnie że muszę sobie kupić krem za pięć stów.  Wczoraj jednak długo czekałam na swoją kolej piłowania paznokci i złamałam się… sięgnęłam przekornie po pewien magazyn, który moim zdaniem ze względu na bezprzykładnie idiotyczne treści w nim zawarte powinien być po prostu zakazany.

Czasopismo to  przeznaczone jest dla bardzo młodych kobiet, rozpoczynających dorosłe, samodzielne życie, szukających dopiero swego miejsca w świecie, rozpoczynających pracę zawodową, wkraczających w dojrzałe życie erotyczne. O tym niby ten magazyn jest. Niby. Chciałabym jednak, by kiedyś jakiś psycholog spróbował pochylić się nad nim i ocenić ile szkód może wyrządzić on swoim czytelniczkom. Ja tam psychologiem nie jestem, ale mam się za dojrzałą kobietę, której takie rady już do niczego nie są potrzebne i potrafię zweryfikować ich przydatność. Wiem już mniej więcej jakie jest moje miejsce w świecie, wiem już czego chcę od faceta, od życia zawodowego, jestem w pełni świadoma swej seksualności i kobiecości, wiem też jak bardzo dużo czasu i refleksji zabiera dotarcie do tej wiedzy. Mam również świadomość tego, że ile kobiet na świecie, tyle indywidualnych dróg dojścia do własnych wniosków.

 Pal sześć, że magazyn ten próbuje lansować ideał młodej kobiety zapatrzonej wyłącznie we własną kosmetyczkę i szafę, że próbuje zrobić dziewczynom wodę z mózgu sugerując, że najważniejsze w życiu to złapać faceta, a później całkowicie go sobie podporządkować , że promuje postawę skrajnie egoistyczną i roszczeniową wobec życia. Naprawdę, pal sześć! Najgorsze i najbardziej szkodliwe są jednak porady seksualne w nim zawarte… Jezu… i to czytają dziewczyny niewiele starsze od mojej córki… Kiedyś przyszła do nas jej koleżanka z tą właśnie publikacją pod pachą. Co ja się później musiałam natłumaczyć, że „wkładanie do zamrażalnika majtek przed stosunkiem i zakładanie ich w trakcie – takich zimnych i na maksa podkręcających Twojego faceta” nie jest jednak najlepszym pomysłem. Podobnie „owijanie folią spożywczą męskich genitaliów”… Nie wierzycie mi? Jak bum cyk cyk, że nie kłamię – takie porady na uatrakcyjnienie pożycia tam właśnie można odnaleźć. Ja tam nie jestem pruderyjna, oj nie jestem wcale, ale… tak sobie myślę z perspektywy kobiety doświadczonej, że gdybym odpaliła taki numer i po dłuższej, gorącej chwili pobiegła do kuchni i wróciła z foliowym workiem albo z zamrożonymi majtkami, to facet uciekłby przerażony i tyle bym go widziała. Chyba, że on też byłby wychowany na poradach tego magazynu… W najnowszym numerze lista porad jest bardzo długa i tak absurdalna, że postanowiłam zainwestować parę złotych specjalnie po to, by zacytować Państwu kilka z nich. Niestety, w żadnym kiosku nie znalazłam już ani jednego egzemplarza. Znaczy – cały nakład wykupiony…

Ja wiem, że porady pseudoseksuologa zawarte w tym kolorowym szkodniku to stek bzdur, ale skąd ma to wiedzieć dwudziestoletnia młoda dziewczyna? Dowie się z niego jak najlepiej rozkładać nogi, by ukryć mankamenty waginy, dowie się czy lepiej połknąć, czy dyskretnie wypluć w chusteczkę schowaną pod poduszką, a gdzie miejsce na intymność, na bliskość, na czułość, na tę najważniejszą prawdę, że seks dla kobiety tylko wtedy jest naprawdę satysfakcjonujący, gdy łączy ją z partnerem głębokie uczucie i szczególna więź, a nie worek foliowy lub majtki wyciągnięte z zamrażalnika?

08:02, lady_lavender , szuflada
Link Komentarze (19) »
wtorek, 05 października 2010
Jak się rozwodzić to tylko z tobą

Takie oto zdanie usłyszałam od znajomego, z którym wybraliśmy się na piwo w atmosferze klubowej alternatywy.  Obojgu nam życie zafundowało bolesne turbulencje, czasem spotykamy się tylko po to, by poszukać w nich sensu i wskazówek na przyszłość. Może również po to, by wesprzeć się nawzajem… Lubię  ciemne piwnice tego klubu, ogarniające mrokiem od progu, tworzące nastrój niemal teatralnej rzeczywistości, odciętej od reszty świata murem surowych cegieł, brzmieniem ulubionej muzyki. Wchodząc tam czuję się  jakbym przekraczała granicę pomiędzy światami, zostawiam na chwilę światło dnia, w ciemności słowa choć  stłumione, przychodzą łatwiej…  

W trakcie rozmowy wspomniałam, że wybieram się na zakończenie roku szkolnego, córka kończy szkołę, więc chcę obejrzeć jak młodzi ludzie tańczą poloneza, pstryknąć parę fotek, poczuć się dumną mamusią…  powiedziałam też, że nie wybiorę się tam sama, bowiem zaproponowałam swojej byłej teściowej, abyśmy pojechały do szkoły razem, obiecując że przyjadę po nią i odwiozę do domu po skończonej uroczystości. Babcia chętnie przystała na moją propozycję. Na co dzień przebywa daleko od nas i nie ma wielu okazji, by widywać się z wnuczką. Gdy skończyłam to mówić złapałam w spojrzeniu mojego towarzysza smutek z domieszką zdziwienia…

  Jego mama wnuka widuje sporadycznie, zaś wnuczki nie widziała już ładnych parę lat. Każde spotkanie jest niemal wyżebrane, podobnie jak spotkania ojca z synem. Nie mogę pojąć, zwyczajnie nie mogę, jak chorym trzeba być z nienawiści, by jednemu z najporządniejszych facetów, jakich znam utrudniać kontakty z dziećmi w imię wzajemnej niechęci, która nie słabnie pomimo upływu lat. Rozgrywanie dziećmi i ich uczuciami w sporach z byłymi małżonkami to dla mnie absolutny szczyt podłości.  Okazuje się jednak, że zjawisko jest tyleż obrzydliwe, co powszechne. Niestety. Czy to doprawdy aż tak trudne jest zadanie, by pojąć, że z chwilą końca związku małżeńskiego nie kończą się relacje dziecko – ojciec, czy dziecko – matka, a także wnuczek – babcia i dziadek? Mnie się zdaje, że to całkiem proste. Przynajmniej pojęciowo dla dorosłego osobnika obdarzonego przeciętnym ilorazem inteligencji. Tej zwyczajowo pojętej. Bo jeśli idzie już o inteligencję emocjonalną – no tu jest znacznie gorzej i problem stąd właśnie w mojej opinii wynika. Od miłości zwykle blisko jest do nienawiści, tym bliżej im niższy potencjał rzeczonej inteligencji. Jazdy, jakie potrafią sobie zafundować rozstający się ludzie mogłyby posłużyć za scenariusze do filmów grozy, czarnych komedii lub teatru groteski. Aż dziw bierze, że scenarzyści nie dokonują włamań do zasobów akt sądów rodzinnych i opiekuńczych… Życie pisze lepsze scenariusze, niż któremukolwiek z nich kiedykolwiek się przyśniło.

W każdym sporze i każdej wojnie przeciwnicy szukają tajnej broni, konia trojańskiego, czegoś co zagwarantuje wygraną i zapewni korzystny obrót spraw. Trzeba tylko znaleźć słaby punkt przeciwnika i ugodzić jak najmocniej. Własne dzieci kochamy zwykle wszyscy, fakt – niewielu na tyle mądrze, by im nie szkodzić, ale pozostańmy przy tym, że wszyscy rodzice swoje dzieci kochają. Skoro tak, to znaczy, że uczucia względem nich mogą stać się doskonałym elementem manipulacji i narzędziem do wymuszania postaw i zachowań strony przeciwnej zgodnych z naszymi oczekiwaniami. Niestety, muszę z bólem przyznać, że to kobiety w większości są mistrzyniami w tej dziedzinie, choć znam też  kilku panów, którzy nie zawahali się takiej broni użyć. Pewnie mężczyźni mają po prostu mniejsze możliwości w tym względzie, bo dzieci zwykle pozostają w trakcie i po rozwodzie z matką… Najbardziej na takich rozgrywkach tracą oczywiście dzieci, choć mało kto o tym pamięta. Dziewczynce dla zbudowania jakiejkolwiek trwałej i wartościowej relacji z mężczyzną w dorosłym życiu potrzebne są dobre, pełne miłości  kontakty z ojcem i jak najlepszy jego obraz. Jaką szansę na to ma dziewczynka, której matka wkłada do głowy, że ojciec już jej nie kocha, że o niej zapomniał, że w ogóle jest sukinsynem ostatnim, nic nie wartym łajdakiem, podczas gdy to ona sama uniemożliwia spotkania dziecka z ojcem, chcąc ukarać tego ostatniego na przykład za niedostatecznie wysokie alimenty? To jasne, że chcąc coś na facecie wymusić lub chcąc pomścić własną krzywdę  – największą szkodę robi córce, którą ponoć kocha bez pamięci. Może i bez pamięci, ale i pewnie bez głowy. Nienawiść to taka straszna trwoga, że sparafrazuję słowa piosenki… To wielka siła destrukcji, niszczy wszystko co napotka na swej drodze. Jej fala uderzeniowa najczęściej powraca do swojego epicentrum, zatruwając jego umysł i duszę… Nie piszę o przypadkach, gdzie kontakty z rodzicem są dla dziecka niebezpieczne, szkodliwe, czy z jakiejś przyczyny źle wpływają na jego psychikę. O tym zwykle rozstrzyga sąd. Z własnego, niełatwego doświadczenia wiem, że dla dobra dziecka warto czasem byłemu małżonkowi udzielić kredytu zaufania. Nawet, jeżeli zupełnie na to nie zasłużył, nawet jeżeli jest to dla nas samych bardzo trudne. Warto choć spróbować. Już nie dla siebie, a dla dziecka.

Spotkanie w szkole pełne było wzruszeń i miłych chwil, spędzonych również w towarzystwie byłej teściowej. Serca przepełniała nam radość i duma, gdy patrzyłyśmy na nasz największy skarb. Ucałowałyśmy się serdecznie na pożegnanie. Do tej porozwodowej beczki miodu dodam jednak łyżkę dziegciu w postaci tajemnicy jaką objęte było to spotkanie… Nie wszyscy byli mężowie doceniają takie gesty. Są nawet tacy, którzy własnej matce potrafiliby zrobić piekło z powodu spotkania z byłą żoną. Nie o to jednak przecież chodzi, by docenił mnie człowiek, który i tak nigdy mnie nie doceniał. Chodzi o coś znacznie ważniejszego i nie dotyczy to mnie, a mojej córki.

07:48, lady_lavender , szuflada
Link Komentarze (12) »
wtorek, 28 września 2010
Wszyscy moi natręci

Bywam przewrotna i prowokująca. W końcu jestem kobietą. Siedzi we mnie mały chochlik, który wyłazi czasem i sprawdza na ile może sobie pozwolić, dopóki nie dam mu po łapach.  Nigdy nie wiadomo dlaczego wybiera sobie taki, a nie inny moment. Te sprawy w przypadku kobiet nie podlegają wyjaśnieniom.  Do napisania tekstu o wszystkich moich natrętach skłoniły mnie jednak rzeczywiste wydarzenia rodem z firmowego łona. Byłam trochę wkurzona i pewnie stąd ten lekko przesadny charakter tekstu. Chciałam oddać klimat  odbijający się wyłącznie w moich oczach, więc wyostrzyłam tło zdarzeń i osoby biorące w nich udział. Proszę więc o zachowanie stosownego dystansu i potraktowanie go z dużym przymrużeniem oka.

Piątkowy firmowy wyjazd integracyjny spowodował, że ten śmieszny na pierwszy rzut oka wywód znów ożył we mnie trochę mniej śmiesznymi refleksjami. Znów się wkurzyłam. Mogłabym potraktować temat całkiem serio i napisać poważny elaborat, bo temat jak najbardziej temu odpowiada, jednak chochlik wyciągnął już z szuflady tekst, który kiedyś sam napisał i nim zdążyłam dobrze się nad tym zastanowić – umieścił go na blogu ;-)

 

Koniec urlopu. Definitywny koniec i koniec. Nigdy nie wiem co zastanę po powrocie do pracy  i szczerze mówiąc bardzo nie lubię tej chwili, gdy siadam po dwóch tygodniach  za swoim biurkiem i widzę poprzekładane papiery, powyciągane akta, umowy, których później muszę szukać, bo ktoś nie raczył odłożyć ich na miejsce, korespondencję walającą się po szufladach w nieładzie… zwykle poświęcam cały pierwszy dzień na porządki i orientację w zdarzeniach, które podczas urlopu mnie ominęły. Firma  żyje, więc zmiany dokonują się bez przerwy, nie ma w tym nic dziwnego… jedno jednak pozostaje niezmienne i choć to już naprawdę kolejny, kolejny mój urlop w tej firmie – po powrocie zawsze mogę liczyć na to, że dopadną mnie wszyscy moi natręci.

No może nie wszyscy, bo poza pracą też mam ich trochę, ale tu chyba fanklub mam największy i najwierniejszy, przy okazji to najtrudniejsza grupa natrętów, bo skazana jestem na nich przez osiem godzin dziennie, bez możliwości wręczenia czerwonej kartki i posłania na aut. To przecież są moi koledzy z pracy, więc nasze relacje powinny układać się co najmniej poprawnie w imię dobra pracodawcy. Natura obdarzyła mnie dość szczodrze rozdając swoje dary, nie pożałowała mi uroku, dała też piękny uśmiech i usposobienie flirciary. Niech no się tylko uśmiechnę, rzucę powłóczyste spojrzenie spod przymkniętych powiek…

Nie, nie robię tego w pracy, no chyba że się zapomnę lub stosuję to jako narzędzie wyszukanej tortury, gdy któryś z natrętów bardzo mnie wkurzy – męczę ich wtedy sobą, nie narażając się już na ryzyko, bo nauczyłam ich przez te wszystkie lata stosownego dystansu, wiedzą więc że jedyne co im pozostaje to sobie popatrzeć… Mam tam takiego jednego, który wiele lat temu, gdy dopiero zaczynałam pracę usiadł na krześle naprzeciwko mnie i po prostu wlepiał we mnie oczy.  Zdziwiona zapytałam dlaczego tak mi się przygląda, a on najbezczelniej na świecie odparł, że dlatego że mu się podobam. Nawet bardzo i że mógłby tak siedzieć i patrzeć godzinami. Nie tracąc fasonu najmilej jak umiałam zapytałam, czy jest pewien, że aby na pewno za to mu płacą… Zmieszał się i odszedł zająć się swoimi sprawami. Do dziś podskakuje jakoś tak dziwnie, gdy stoję obok, robi maślane oczy i z trudem powstrzymuje ręce, które przesadnie uwalnia tylko kilka razy do roku, gdy składamy sobie życzenia z okazji świąt, czy imienin…  słowem, gdy jest okazja. W ostatni piątek spotkałam go na ulicy, gdy jeszcze byłam na urlopie… no myślałam, że mrówki go oblazły – zatrzymał się nagle, wyskoczył z samochodu i biegł do mnie z wyciągniętymi łapami,  ze słowami – no kiedy wracasz do pracy, jak pięknie wyglądasz ... Powolnym ruchem zdjęłam przeciwsłoneczne okulary i spojrzałam na niego lodowato. Łapy nagle mu opadły, zwisając żałośnie w geście w pół uciętej przyjemności. Dziękuję, będę w poniedziałek, wybacz mam kilka spraw do załatwienia – odrzekłam. I poszłam. Proszę mi wierzyć, ten facet jest jak amator sportów zimowych, im chłodniej go traktuję, tym bardziej się zapala. Nie mogę jednak przyjąć innej postawy, bo od razu miałabym na sobie nie tylko jego wzrok, ale i ręce… Tym sposobem skazana jestem na jego niesłabnące zainteresowanie. 

To jest jednak jeden z wielu kolegów, nie istnieje pomiędzy nami żadna zależność służbowa, więc jest to problem natury mniej skomplikowanej, niż na przykład natręctwo szefa, od którego jestem w pracy w pełni zależna, czy kontrahenta, od którego w jakimś stopniu zależą losy firmy. Z tym jednak też sobie poradziłam. Szefów miałam już kilku  i za każdym razem metoda okazywała się skuteczna. Zawsze jestem miła –  bo miła jestem też z natury –  choć przy okazji bardzo rzeczowa i stanowcza, niewiele się odzywam, bo jestem również powściągliwa, poruszam zwykle tematy służbowe unikając wątków osobistych, przyjmuję w pełni profesjonalną postawę – od gestów po słowa, od razu, od pierwszej chwili  narzucam spory dystans i staram się  pokazać, że nie jestem głupiutką ślicznotką –  zarzucam szefów fachową terminologią i skomplikowanymi zagadnieniami ekonomicznymi. Od czasu do czasu wyrażam troskę pytając o żonę i dzieci. Głupie aluzje, pojawiające się na początku znajomości puszczam mimo uszu lub udaję, że nie rozumiem o co chodzi. Działa bez pudła. Czasem takie wychowanie trwa dłużej, czasem krócej, ale nie zdarzyło mi się, by szef składał mi jakiekolwiek propozycje, nawet pomimo faktu że od kilku lat jestem szczęśliwą rozwódką. Tego nie udało mi się niestety zachować w tajemnicy, ale poza tym na temat mojego życia osobistego nikt w firmie nic nie wie. I tak ma być.

Kontrahent to również trudny przypadek, choć może nie tak trudny jak szef. Ten przyjdzie i pójdzie, a szefa mam na co dzień. Trzeba jednak postępować z nim delikatnie, by niczym go nie urazić – przecież przez jakąś głupotę nie można narażać pracodawcy na przykład na utratę kontraktu… Zwykle są grzeczni, ale był wśród nich jednak jeden taki przypadek, który skutecznie wyprowadził mnie z równowagi i zmusił do zachowania na granicy profesjonalizmu… Pamiętam to jak dziś… mieliśmy spotkanie u nas w biurze, to był jakiś szefa znajomy z misji gospodarczej do Chin. Standardowo zaproponowałam mu kawę lub herbatę. Na fali zachwytu Dalekim Wschodem zażyczył sobie herbatę… jaśminową. No proszę Państwa… owszem, dysponowałam zieloną, czarną, a nawet czerwoną, ale jaśminowej nie miałam. Odparłam że bardzo mi przykro, że takowej nie posiadam i że może coś w zamian? Tak – odparł całkiem poważnie – pani numer telefonu. Zatkało mnie, ale po chwili oprzytomniałam i wycedziłam niby żartem numer telefonu służbowego. Nie pojął aluzji, ciągnął dalej – ale mi chodziło o pani prywatny numer i patrzył na mnie natarczywie… Pan wybaczy, ale mój prywatny numer, to moja prywatna sprawa – odpowiedziałam nie bacząc, że zrobiłam się naprawdę złośliwa. To był jeden, jedyny taki przypadek i więcej się nie powtórzył. Dyrektor przepraszał mnie później zresztą przez cały dzień za tego dupka, bo przecież był świadkiem całej sceny…

Tak, ciężkie jest życie niebrzydkiej i niegłupiej kobiety w świecie, w którym mężczyźni dają sobie prawo do takich zachowań wyłącznie dlatego, że noszą spodnie. Ciągle trzeba coś udowadniać – a to, że nie jest się łatwą, a to że jest się profesjonalną i rzeczową, a to że zasługuje się na zarobki równe zarobkom kolegi, choć kolega gorzej wykształcony i z mniejszym zakresem obowiązków i odpowiedzialności…  Jesteśmy statystycznie lepiej wykształcone od panów, lepiej zorganizowane, nasza aktywność dotyczy większej ilości dziedzin życia, musimy połączyć o wiele więcej wątków, a wciąż traktowane jesteśmy gorzej, ponieważ jesteśmy kobietami… Wiem, że nie przez wszystkich, wiem że są świadomi mężczyźni, ale ilu ich jest w całej masie facetów skażonych portkowo - krawatową manią wielkości?

Minął pierwszy dzień w pracy po urlopie. Mam nadzieję, że wszyscy moi natręci nasycili już wygłodniały wzrok i jutro atmosfera się rozluźni. Dziś jestem lepka od spojrzeń, chyba zaraz wejdę pod prysznic…

10:26, lady_lavender , szuflada
Link Komentarze (12) »
 
1 , 2 , 3
stat4u