Widzę tylko tyle, ile widać w moim zwierciadle...
środa, 26 października 2011
Senne majaki

Spoglądam w noc i rozwiewam resztki snów, unoszących się jak mgła o poranku nad moją głową.

Październik rozbudził czerwienią drzewa, z których do dziś pozostała jedynie garść bladego popiołu. Wkładam weń dłoń i próbuję poczuć dawny żar. Nic z tego, jedyne co czuję to lekkie mrowienie w okolicy blizny, która szpetną szramą  przebiega wzdłuż ścięgien. Mało brakowało, a zrobiłabym sobie  niemałą krzywdę, leciałam na oślep do ognia jak ćma…  Zawstydzona cofam dłoń i patrzę jak popioły porywa wiatr.

Sierpień zdławił październikowy ogień falą wzburzonego morza. Zapadł we mnie tamten błękit z przydrożnej knajpki, rozlał się falą nagłego przypływu i cofnął równie nagle z bezwzględnie obiektywnych przyczyn. Uczucie zawodu w ułamku sekundy przebiegło długi dystans, aż po granice pamięci.

Grudzień kieliszkiem szampana zamroził świat na długi, senny rok. Odrętwienie opanowało mnie aż po koniuszki palców, aż po czubki przyprószonych srebrem paznokci.  Od ognia po szron, od października po grudzień z przystankiem na sierpień i majowe majaki… znacznie łatwiej zapamiętuję miesiące, niż lata.

11:34, lady_lavender , rozmyślania
Link Komentarze (7) »
wtorek, 25 października 2011
Sąsiedzi

Dobry sąsiad to skarb. Wie to każdy, kto zostawia bez obaw mieszkanie pod czujnym okiem sąsiadów wyjeżdżając na wakacje, kto spędza spokojne dni i noce w swoim własnym m, kto spotykając lokatora z tego samego piętra uśmiecha się na jego widok. Taki ktoś wie, że dobry sąsiad jest dużo skuteczniejszy, niż najlepszy system alarmowy, że brak awantur i głośnych imprez za ścianą pozwala spokojnie spać, a życzliwość lokatora obok często jest początkiem udanego dnia.  Mieszkając w czteropiętrowym bloku trudno jednak o dobrych sąsiadów od parteru po ostatnie piętro, co niestety bywa przyczyną poważnych problemów.

Wczoraj obudziłam się o drugiej w nocy i zauważyłam światło włączone u córki w pokoju. Poszłam więc  opierdykać dziecię, że ślęczy po nocy przed kompem, gdy nazajutrz trzeba o świcie maszerować do szkoły. Na moje – dlaczego nie śpisz – usłyszałam jednak – nie mogę, bo ktoś pod naszymi drzwiami  wejściowymi chrapie, sapie, dyszy i rzęzi. Podeszłam do drzwi i rzeczywiście – dobiegające odgłosy wskazywały jednoznacznie, że ktoś z naszej wycieraczki uczynił sobie posłanie. Nie miałam odwagi, by otworzyć drzwi i przepędzić intruza. Poszłam po męża, który wezwał Straż Miejską. Straż, której wlepienie mandatu za brak bileciku z parkomatu zajmuje ułamki sekundy, do wykonania tego zadania zbierała się dobre pół godziny. W końcu usłyszałam głos  na klatce:

- No, wstajemy, koniec spania. Ubieraj się pan, zapnij spodnie i schowaj tego fiuta. Jak się pan nazywa? Adres zamieszkania? Nigdzie pan nie mieszka? W takim razie ostatni adres, pod którym był pan zameldowany. Proszę się zbierać i żebym nie musiał tu wracać, zrozumiano?

W odpowiedzi dobiegało niewyraźne bełkotanie pijanego mężczyzny. Po chwili głosy ucichły, usłyszałam zamykające się drzwi bramy, jednak w ciszy na klatce wciąż coś mnie niepokoiło. Jakby chrobotanie, szeleszczenie… Odczekałam kilka minut i znów dobiegło mnie chrapanie. Chwyciłam więc za telefon i zameldowałam Straży, że pozbierali tylko część uczestników niedawnej libacji na klatce i żeby wrócili czym prędzej. Rzeczywiście – okazało się, że kolega wypędzonego siedział tuż pod naszymi drzwiami. Ten już nie wyszedł tak łatwo. Mam wrażenie, że był znacznie bardziej zaprawiony, niż ten poprzedni. Musiał też zrobić wokół siebie niezły bajzel, bo strażnicy walczyli z nim dobre pół godziny, by posprzątał. W końcu głosy ucichły. Po całym tym zdarzeniu nie mogłam zasnąć, przewracałam się z boku na bok. W końcu zasnęłam, a po godzinie obudził mnie budzik. I tyle było spania.

Bezdomnych jak dotąd jeszcze nie przerabiałam, za to kradzieże w piwnicy zdarzają się nagminnie. A wszystko to dlatego, że sąsiadom nie chce się otwierać drzwi wejściowych za pomocą klucza. Zostawiają otwartą bramę, celowo osłabiają elektromagnes domofonu, by móc bez użycia klucza wejść na klatkę. Zabranie kawałka metalu z domu i włożenie go do zamka to dla nich zbyt wielki wysiłek. Wczoraj polowaliśmy z mężem na sąsiadów, prowadząc akcję uświadamiającą. Nikt, dosłownie nikt nie wchodził inaczej, jak wyszarpując drzwi z ościeżnicy. Powiesiłam też kartkę z odpowiednim tekstem, uświadamiającym na co narażają się postępując w taki sposób. Powiecie, że głupia jestem, bo niepotrzebnie szarpię nerwy, przecież najdalej za trzy miesiące i tak będę mieszkała gdzie indziej… Trudno, olewanie jakiejkolwiek sprawy nigdy nie było w moim stylu. Najwyżej znienawidzą mnie na sam koniec, a może czegoś w końcu się nauczą.

piątek, 21 października 2011
Grzeczna dziewczynka

Grzeczna dziewczynka słucha, gdy mówią dorośli. Nie odzywa się nie pytana i nie ma prawa do własnego zdania. Wiadomo – dzieci i ryby głosu nie mają. Gdy grzeczna dziewczynka dorasta i w naturalny sposób zaczyna odczuwać potrzebę niezależności, dostrzega z pewnym niepokojem, że jej widzenie świata odbiega od tego co widzą jej rodzice. Niepokój ów staje się prawdziwą udręką, gdy naturalny przejaw dorastania dziewczynki traktują oni jak wyraz największej niesubordynacji. Dziewczynka boi się odezwać, bo za wykraczające poza dopuszczalny katalog zdanie, czy zachowanie czeka ją kara. Jeszcze nie umie tego nazwać, ale przeczuwa, że bycie sobą i odważne artykułowanie swojej odmienności jest zabronione. Tymczasem wymagania rodziców wobec niej rosną. Bądź grzeczna, ucz się dobrze, coraz lepiej, nie sprawiaj problemów, nie zadawaj się z nieodpowiednim towarzystwem. Dziewczynka zaczyna żyć w ciągłym dysonansie pomiędzy oczekiwaniami rodziców i własnymi pragnieniami, własnymi wyobrażeniami na temat siebie samej. W końcu dochodzi do wniosku, że jest niekochana i nieakceptowana, że nie jest dość dobra, by zasłużyć na miłość najbliższych. W domu rodzinnym czuje się coraz gorzej. Te potulne zamykają się w sobie, te z charakterem – popadają w konflikt z rodzicami, awantury są na porządku dziennym. W końcu przychodzi taki moment, że grzeczna dziewczynka nie wytrzymuje i zaczyna przejawiać autoagresję, albo ucieka z domu. Ten moment w życiu grzecznej dziewczynki jest potwornie niebezpieczny. Silna potrzeba akceptacji i przynależności może wepchnąć ją w ramiona sekty lub złego człowieka, który ofiaruje jej ułudę miłości, a później okaże się tyranem. Tacy ludzie wyczuwają grzeczne dziewczynki na odległość, po czym uzależniają w pełni od siebie i odcinają odwrót.  Nauczona jedynie posłuszeństwa,  ukrywania własnych myśli i potrzeb, w celu utrzymania wymarzonej akceptacji zaczyna powielać znany jej schemat. Absolutny brak poczucia własnej wartości nie pozwala jej na sprzeciw, ze strachu przed utratą aprobaty godzi się na wszystko. To co miało być wybawieniem staje się koszmarem. Grzeczna dziewczynka szuka winy w sobie - pewnie znów nie zasługuje na miłość, na szacunek. I trwa – w nieszczęściu, w bagnie, przekonana, że powinna starać się jeszcze bardziej. Może kiedyś zdarzy się cud i grzeczna dziewczynka znajdzie w sobie dość siły, by przerwać  zaklęty krąg, może zdarzy się coś, co udowodni jej jak wiele jest warta i zacznie walczyć o siebie i swój lepszy los…

Przez trzydzieści lat swojego życia byłam grzeczną dziewczynką, scenariusz przebiegał według schematu – domowe awantury, ucieczka od rodziny, bardzo wczesne, nieszczęśliwe małżeństwo, cud. Znalazłam dość sił, by przypomnieć sobie kim naprawdę jestem, by pokochać siebie tak jak zawsze chciałam być kochana, by uwierzyć w siebie, wybaczyć rodzicom i rozpocząć nowe życie.

Najważniejsze w życiu jest poznać i zrozumieć samego siebie, pokonać strach i stanąć oko w oko ze swoimi słabościami, z motywacją która nami kieruje. Dopiero wtedy można coś zmienić. Wczoraj stałam na rogu ulicy, gdzie mieści się niewielkie mieszkanko przemiłej starszej pani, która bardzo pomogła mi w trudnych początkach samodzielnego życia. Pani ta jest emerytowanym psychologiem dziecięcym, biegłym sądowym z ogromnym doświadczeniem. Poszłam do niej po radę jak przeprowadzić rozwód z najmniejszą szkodą dla psychiki dziecka. Jak postępować w obliczu sytuacji, gdy były mąż zadręczał mnie ciągłymi sms’ami z pogróżkami, kilkustronicowymi listami przekazywanymi za pośrednictwem dziecka, w których znajdowałam niedorzeczności na swój temat, warunki, żądania, wymagania dotyczące relacji z dzieckiem, wizje na temat odebrania mi praw rodzicielskich i inne bzdury. Pozostałości grzecznej dziewczynki i przekonanie o tym, że jako ojciec ma prawo do decydowania o losach naszego dziecka, kazały mi czytać te głupoty, odpisywać na listy, przejmować się pogróżkami i szukać jakiegoś sensu i uzasadnienia w tym, co napisał. Chyba chciałam wierzyć, że ma to jakikolwiek inny cel, niż taki, by obrzydzić  mi życie i przede wszystkim – zachować  nad nim kontrolę. Pani Jadwiga utwierdziła mnie w przekonaniu, że powinnam kasować wiadomości bez otwierania, a listy oddawać w nieotwartej kopercie. Zaprzestać jakiegokolwiek innego dialogu, niż za pośrednictwem sądu, zerwać wszelki kontakt, odizolować się. Wyzbyć się poczucia winy i kierować własną intuicją i dobrym sercem. Udało się. Po ostatniej rozprawie sądowej miałam już święty spokój. Na dobre uwolniłam się od człowieka, którego żoną już być nie chciałam, pamiętając jednocześnie o tym, że wciąż jest ojcem mojej córki. Dziś młoda zapytana o to kiedy rodzice się rozwiedli – nie umie podać nawet przybliżonej daty. Żadnej traumy, żadnej rysy na psychice.

Wszystko można, przestać być grzeczną dziewczynką również. Ale trzeba chcieć. Bardzo chcieć zrozumieć, przede wszystkim siebie.

12:07, lady_lavender , rozmyślania
Link Komentarze (45) »
czwartek, 20 października 2011
Badanie

Wczoraj obiecałam, że napiszę na czym polega rezonans magnetyczny piersi. No i nie napiszę.

Najwyraźniej musiałam coś źle zrozumieć, bo okazało się że skierowano mnie na klasyczną mammografię. Aparat był wprawdzie nowoczesny, ale na pewno daleko mu było do doskonałości urządzenia wykonującego rezonans. Szczerze mówiąc przekonałam się na własnej skórze, a raczej na własnej piersi, że wykonywanie mammografii przed czterdziestką, albo nawet przed pięćdziesiątką nie jest jednak najlepszym pomysłem. Dużo bardziej trafioną ideą jest usg piersi. Już wyjaśniam dlaczego.

Co bardziej wrażliwym odradzam dalszą lekturę. Aby obraz mammografii był czytelny - pierś należy maksymalnie rozpłaszczyć na urządzeniu. To zadanie jest niewykonalne w przypadku jędrnych piersi z przewagą tkanki gruczołowej. Czyli niestety - w przypadku piersi młodych pań i starszych, lecz łaskawie potraktowanych przez naturę. Rozpłaszczenie mojej niespełna czterdziestoletniej, niezbyt obfitej, lecz zwartej piersi okazało się tak trudne, że spędziłam w uścisku tej piekielnej machiny niezwykle dużo czasu. Wynik był niejasny, bo zbyt zwarta tkanka nasuwała podejrzenie o coś złego. Konieczne stało się wykonanie badania usg - całkowicie bezbolesnego i o niebo bardziej wiarygodnego w moim przypadku. Na szczęście nic nie było, ale droga od mammografu do usg była dla mnie bardzo trudna. Wyszło więc na to, że mammografia nie była konieczna, a nawet wprowadziła zbędny niepokój.

Boże broń nie odradzam przeprowadzania badań. Jak lekarz mówi, że trzeba, to trzeba. Jednak młodym paniom, robiącym badania profilaktyczne bez specjalnych wskazań ze strony lekarza polecam zdecydowanie usg. Co do rzeczonego rezonansu - on na pewno jest najbardziej dokładny, lecz pewnie możliwy do zrobienia wyłącznie w szpitalach, ze szczególnym wskazaniem.

środa, 19 października 2011
Różowa wstążeczka

Październik to miesiąc różowej wstążeczki, pozwólcie więc że dorzucę swoje trzy grosze do tej chwalebnej akcji.

Podczas ostatniej wizyty u ginekologa dowiedziałam się, że w ostatnim czasie diametralnie zmieniło się spojrzenie na problematykę raka piersi. Podobno najwięcej zachorowań notuje się dziś u kobiet, które nie przekroczyły jeszcze 35 roku życia i podobno są to najbardziej niebezpieczne i agresywne odmiany tej choroby. Możliwe do wykrycia są jednak tylko za pomocą diagnostyki, którą zapewnia nowoczesna mammografia, czyli rezonans magnetyczny piersi. Żadne samodzielne badania piersi, stanowiące powszechną profilaktykę wśród młodych kobiet nie są w stanie wykryć takich zmian w stadium pozwalającym na całkowite wyleczenie. Słowem - wielkość pozwalająca na samodzielne wymacanie wroga jest już bardzo, bardzo niebezpieczna.

Idę dziś na takie badanie w myśl zasady, że im wcześniej, tym lepiej. Nie jestem w stanie pojąć podejścia pod tytułem: nie badam się, bo wolę nie wiedzieć. Koszmarna ignorancja i wrażenie, że nic złego nie stanie się tak długo, jak nie dopuszczę tego do wiadomości, potrafią kosztować utratę zdrowia i życia.

Badajcie się, dziewczyny. Jutro opowiem na czym ten rezonans polega.

 
1 , 2
stat4u