Widzę tylko tyle, ile widać w moim zwierciadle...
sobota, 30 października 2010
Babcia

W delikatnym jak mgiełka woreczku trzymała cieniutkie rękawiczki  i jedwabne pończochy.  Okrytą, smukłą dłonią wygładzała szew na łydce. Nigdy inaczej - żeby nie zahaczyć. Jej coroczny przyjazd zawsze był dla mnie świętem. Podchodziłam na paluszkach do półki, gdzie trzymała swoje rzeczy i patrzyłam z podziwem na lakierowaną torebkę, perły i piękną srebrną broszę z oczkiem.

Na dnie łagodnych, niebieskich oczu chowała ból, który nie odstępował jej ani na moment. Nawet uśmiech, ani radość nie były w stanie go skryć. Była bardzo dzielna, cierpieniem nie umiała się dzielić. Byłam zbyt mała, by pojąć co czuje matka, której dziecko zaginęło w wieku  kilku lat. Wiedziałam, że wujek zniknął pewnego dnia dawno, dawno temu, tuż sprzed drzwi rodzinnego domu. Babcia szukała go przez długie lata wojny i wiele czasu po niej. Nigdy nie dowiedziała się, czy zginął, czy został porwany, zamordowany, czy cierpiał… Zrobiła wszystko, co mogła. Ciężar pozostał.

Nigdy nie płakała, nie skarżyła się, zabraniała martwić się o siebie. Skrywała nowotworowy ból tak samo głęboko, jak ten po utracie syna. Przypuszczam, że leżały obok siebie, trzymane krótko ręką w cieniutkiej rękawiczce. Gdy zabrano ją do szpitala, nie wiedziałam, że nie zobaczę babci już nigdy więcej.

Każdego dnia modliła się w skupieniu przed snem. Dziś wiem o co prosiła. Mam nadzieję, że dobry Bóg wysłuchał jej modlitwy.

17:44, lady_lavender , portrety
Link Komentarze (4) »
piątek, 29 października 2010
Lady Wampir

Zbliża się  pierwszy dzień listopada, a wraz z nim zaduma i powaga, wpisane w genotyp tego dnia. Nim w skupieniu ruszę na cmentarz – zatańczę sobie z kostuchą Danse macabre i może to być nawet upiorny tweest, a co mi tam…  zrobię to, zanim ona zatańczy sobie ze mną. Bo przecież kiedyś zatańczy - z nami wszystkimi - co poczytam jej za rzadką cnotę sprawiedliwości. 

Halloweenowe maskarady mają w sobie coś z pogańskiego święta Samhain, w trakcie którego tysiące lat temu Celtowie żegnali lato, będące synonimem życia i witali zimę, kojarzoną ze śmiercią. Tego dnia rytuał przyznawał śmierci godne miejsce w naturalnym cyklu życia, przywoływał dobre duchy przodków, odstraszał złe demony.

Nie będę przebierać się w demoniczny kostium, bo nie muszę. Stosownie do halloweenowego nastroju zdradzę Wam pewien mroczny sekret, a sami stwierdzicie, że moje upiorne oblicze nie potrzebuje już żadnej krwawej charakteryzacji… Powiało grozą? Zdawało się Wam, że taka grzeczna i dobra ze mnie dziewczynka, co? Nic z tego. Lady Lavender to tylko niewinny pseudonim, kryjący straszną prawdę. Jestem krwawym wampirem, który w dzieciństwie pożerał surową wątróbkę, błahahahaha….

Mówiłam serio.

Wesołego Halloween!

środa, 27 października 2010
Sleepingowy relacji Madryt - Władywostok

Pazur jeszcze nie wie, że przeznaczeniem każdego przyzwoitego kocura jest zostać sleepingowym na najdłuższej możliwej trasie. Relacja Madryt - Władywostok bez przystanków byłaby wprost idealna. Stacja docelowa, chwila przerwy na krótkie łypnięcie spod przymkniętych powiek, gwizd lokomotywy - i z powrotem do roboty. Do spania, znaczy.

Jest jeszcze młody, przed nim całe życie, jestem pewna, że kiedyś odkryje swe powołanie i zrobi prawdziwą karierę. Tym bardziej, że naprawdę ma zadatki. Instynkt wytrawnego sleepingowego podpowiada mu, że każda chwila i każde miejsce jest dobre, by ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Któregoś dnia zostanie prawdziwym mistrzem...

Znawcy kociej natury doskonale wiedzą, że kota nikt siłą nie zmusi, by pozował do zdjęcia. Powyższe fotki zostały zrobione z zaskoczenia :-) Śpij dobrze, Pazurku.

wtorek, 26 października 2010
Sroczka kaszkę warzyła

Wypadek polskiego autokaru na Litwie. Tragiczny wypadek w windzie, zmarło dziecko. Stolica: odczepił się hak, pięć osób w szpitalu….

Nie lubię deszczu. Może być zimno, ale gdy pada i oślizgła wilgoć wciska mi się pod ubranie wszystkimi szczelinkami, wstrząsa mną dreszcz obrzydzenia. Tegoroczna aura jest dla mnie łaskawa, pejzaż mojego miasta maluje raczej słonecznymi barwami. Szczęściara ze mnie. Są tacy, których niewinny z pozoru deszcz doświadczył w tym roku bardzo ciężko. Nie, nie idzie mi wcale o depresyjny charakter słoty i fanaberie w postaci złego nastroju. Im aura zabrała bliskich i owoce pracy całego życia. Oni szczęścia nie mieli.

Nie było mnie w tym autokarze, nie było mnie w windzie, ani w tramwaju który się wykoleił. Czyżbym znów mogła napisać – szczęściara ze mnie? Z pewnością.

Szczęście nie dzieli się równo, oj nie…

Sroczka kaszkę warzyła, dzieci swoje karmiła: pierwszemu dała w miseczce, drugiemu dała na łyżeczce, trzeciemu dała w garnuszeczku, czwartemu dała w dzbanuszeczku, a piątemu nic nie dała, tylko łebek urwała i frrrr… poleciała.

Codziennie 300 osób w naszym kraju dowiaduje się o tym, że ma raka. Kto dziś nie będzie miał szczęścia? Trzysta osób i trzysta dramatów. Komu sroczka urwie dziś łebek?

Obiecuję sobie, że nigdy już nie będę marudzić i narzekać na deszcz. Nie będę wymyślać, nie będę niewdzięczna. Podobno jeśli masz dach nad głową, pod tym dachem lodówkę, a w niej coś do jedzenia i dodatkowo trochę grosza w portfelu, to jesteś w lepszej sytuacji, niż przytłaczająca większość ludzi na naszym globie.  Warto czasem zmienić perspektywę, naprawdę warto. Martwi mnie jedynie to, że w wirze codzienności  stracę ją z oczu i pewnie znów zacznę złorzeczyć słocie…

09:11, lady_lavender , rozmyślania
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 25 października 2010
Zapiecek

Człowiek boi się zmian. Nawet tych na lepsze. Utrata stabilizacji –  nawet lichej i marnej – przeważnie pociąga za sobą stres, niepewność i obawę. Śmiałych, wciąż poszukujących  nowatorów jest naprawdę niewielu – ledwie kilka procent, jeśli wierzyć statystykom. Zmiana wiąże się z zachwianiem dotychczasowego status quo, do którego przyzwyczajamy się latami. Leżymy na nim jak na starym zapiecku, z którego mamy doskonały widok na to co znamy na pamięć. Cóż z tego, że piec czasem nie grzeje. Przecież do tego też można się przyzwyczaić. Radzimy sobie jakoś – naciągamy mocniej kołdrę, od czasu do czasu sprawdzając, czy szpara w podłodze wciąż tkwi w tym samym miejscu.

Nie, nie jestem nowatorem, niestety… zmiana budzi również i mój niepokój. Ostatnio jednak kręcę się niespokojnie na swoim zapiecku. Muszę przyznać, że coraz bardziej gniecie mnie tu i ówdzie. Wczoraj postanowiłam, że zlezę z niego choć jedną nogą i  zdobędę nowy zawód, zupełnie nie związany z moim wykształceniem, ani charakterem dotychczas wykonywanej pracy. Coś mi się zdaje, że na własne życzenie pozbędę się wolnych weekendów na następne półtora roku…

09:08, lady_lavender , rozmyślania
Link Komentarze (64) »
 
1 , 2 , 3 , 4
stat4u