Widzę tylko tyle, ile widać w moim zwierciadle...
czwartek, 29 września 2011
Kobieta przy stole

Dawno nie kleiłam pierogów. Córka nie lubi, a ja unikam pszennej mąki. Mąż owszem, owszem, ale bez przesady. Nie rozkładam się więc z tym całym bałaganem tylko po to, by nieprzesadnie zadowolić  zaledwie 1/3 naszej rodziny. Ostatnio jednak zatęskniłam. Będąc w Lidlu przy okazji  zerknęłam na pierogi z serem, poczytałam skład i zachęcona włożyłam do koszyka.

Odgrzałam je  jak należy w gorącej wodzie, wyłożyłam na talerz i odłożyłam na bok uszkodzone sztuki, które nabrały  wody. Zawsze się takie trafią – czy to w czasie gotowania własnych, czy odgrzewania kupnych.  Te zepsute pierogi odłożyłam dla siebie. Zawsze tak robiłam. Nieudany pierwszy naleśnik również należy do mnie. Były niedobre, wodniste, lecz zjadłam wszystkie. Dlaczego?

Dlaczego przeznaczyłam dla siebie to co wybrakowane, a rodzinie oddałam to, co najlepsze? Czyżby siedział we mnie pielęgnowany przez pokolenia kult mężczyzny i potomstwa przy stole, w zgodzie z którym kobieta zjada ostatki, pozostawione przez męża i dzieci? Bez sensu  – pomyślałam, lecz  natychmiast stanęła mi przed oczami moja mama, która uparcie najpiękniejszy kawałek mięsa oddaje ojcu. Może kiedyś, gdy pan domu orał na całą rodzinę takie zachowanie miało jakiś sens – jego życie i zdrowie zabezpieczało byt pozostałych… ale dziś?

Pomyślałam, że wciąż, pomimo wszelkich nauk, najtrudniejszą rzeczą dla mnie jest zawalczyć o swoje. I to w dodatku z samą sobą. Bez wyrzutów sumienia, bez poczucia winy. Smutny ten  wniosek dogoniła  kolejna myśl o tym, że nie mam najmniejszego problemu, by zawalczyć o dobro wspólne. Wtedy wyłazi ze mnie lwica i walczy zaciekle do ostatniej kropli krwi, choćby z szefem o podwyżki. Warunek jest taki, że walczę o wszystkich. Gdybym miała wynegocjować dodatkowy grosz wyłącznie dla siebie – pewnie odwaga opuściłaby mnie na progu gabinetu.  Zdaje mi się, że kobiety wciąż traktują walkę o swój interes  jak przejaw złego egoizmu, a więc czegoś czego powinnyśmy unikać, a nawet się wstydzić. Nasza społeczna natura zagrzewa nas natomiast do walki o dobro wspólne – rodziny, grupy pracowników, jakiejkolwiek innej społeczności. To takie chwalebne,  dobrze widziane…

Mężczyźni w odróżnieniu od nas nie mają z walką o swoje najmniejszego problemu i pewnie dlatego wygrywają z nami w wielu wyścigach. Nie zawsze większym nakładem pracy. Mają to w genach – w końcu nic innego, jak wydarcie jak największej części upolowanego mamuta innemu mężczyźnie  gwarantowało przetrwanie jego własnej rodziny.  Zadaniem kobiety było podzielić ją w sposób zabezpieczający najlepszy interes wspólnoty. Nie da się ukryć - siedzą w nas echa minionych epok, zapisane tajnym szyfrem w genach i utrwalonych przez wieki stereotypach… pewnie wiele wody w rzekach jeszcze upłynie, nim nowe warunki i nowe wzorce postaw ukształtują  odmienne schematy myślowe. Póki co wciąż w zbiorowej, również kobiecej,  świadomości znacznie częściej nieugięta, waleczna  babka jest harpią, awanturnicą i heterą, a facet – zaradnym człowiekiem sukcesu, skutecznym negocjatorem. Analogiczna postawa widziana przez pryzmat płci skutkuje skrajnie różnym odbiorem.  Obawiam się, że tak długo, jak to się nie zmieni – presja społeczna będzie blokowała zmiany w  myśleniu. Która z nas bowiem chce uchodzić za harpię i awanturnicę? I tak kółko się zamyka…

Koniec końców zemdliło mnie po tych pierogach. Córka jeść ich nie chciała, pewnie wiedziała co robi.

08:28, lady_lavender , rozmyślania
Link Komentarze (17) »
środa, 28 września 2011
Jesienne pączki

Wciąż jeszcze więcej we mnie radości z nadejścia  słonecznej jesieni, niż smutku z powodu odchodzącego lata. Pozłacany słonecznym blaskiem krajobraz  jest jak smakowity pączek pociągnięty grubą warstwą lukru - na osłodę, na pocieszenie, na zapas…  Kusi mnie, by  schować go za pazuchę i podgryzać po kawałeczku, gdy nadejdą  ciemne poranki, bure dni i niewidzialne, czarne jak noc  wieczory.

Misie jak co roku pójdą grzecznie spać, a ja pewnego szarego popołudnia pomyślę że najchętniej zrobiłabym to samo, gdyby nie fakt, że tej zimy naprawdę wiele się wydarzy. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to niewykluczone że święta spędzimy już w nowym mieszkaniu.

Jeszcze kilka lat temu marzyłam nieśmiało o tym, by do czterdziestki znaleźć się w takim punkcie życia, w którym więcej będzie danych, niż niewiadomych.  I wcale nie chodzi o to, że byłam nieszczęśliwa, bo nie byłam. Wiodłam  spokojne życie samodzielnej singielki,  w zgodzie z zasadą, że lepiej żyć dobrze samemu, niż byle jak z kimś. Dziś bardzo doceniam tamten czas, samotne lata po nieudanym małżeństwie dały mi siłę i pewność siebie, wypływającą wprost z przekonania, że potrafię udźwignąć życie na własnych barkach. I choć nie jest to łatwe – wiem, że jest możliwe. Perspektywa wolnej kobiety dała mi  również sposobność  zupełnie innego spojrzenia na siebie i mężczyzn. Cała moja najbardziej wartościowa wiedza o sobie przypada na tamten czas, wszystkie moje epokowe odkrycia na temat facetów również. Wielu z nich ujawniło przede mną tajemne karty, których nie miałabym szansy obejrzeć w innych okolicznościach, których istnienia nawet się nie domyślałam. I choć przypłaciłam to upadkiem wielu spiżowych posągów – zakończyło się odbudowaniem ich z dużo bardziej ludzką, realną twarzą. Bogatsza o cały ten zgiełk – wiedziałam już, że mój ewentualny związek z drugim człowiekiem oparty będzie wyłącznie o chęć, nie zaś o przymus – materialny, kulturowy, emocjonalny, jakikolwiek… Gdy przestałam wreszcie szukać, pogodzona ze sobą i ze światem, znalazłam szczęście. Może przypadkiem, a może dlatego, że byłam nareszcie gotowa na jego przybycie?

Do czterdziestki został mi jeszcze cały rok z dwumiesięcznym okładem i wygląda na to, że moje nieśmiałe marzenia jednak się spełnią - już dziś więcej w moim życiu danych, niż niewiadomych. Pozbieram je i schowam  za pazuchę – na trudne dni, które przecież kiedyś nadejdą. Będą jak ten grubo lukrowany pączek, z którym łatwiej przetrwać nawet najcięższą zimę.

08:02, lady_lavender , rozmyślania
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 26 września 2011
Ulga

Wciąż nie mam w sobie dość pokory, by zadowolić się w pełni tym co mam, a mam tak wiele. Wciąż gnam niecierpliwymi myślami naprzód, jakbym w zachłannej gonitwie odnajdywała masochistyczną przyjemność. Mówią, że człowiek umiera, gdy przestaje pragnąć  nowego… Mówią, że człowiek mądry znajduje szczęście w tym co już ma. Jak więc osiągnąć pełnię szczęścia nie skazując się na śmierć?

Dotąd radziłam sobie dostrzegając szczęście w drobiazgach, w codziennych zapatrzeniach, radościach małych i większych, we wdzięczności za to, co zesłał los. Przykrywałam nimi niepokój,  ciągłe niespełnienie, niecierpliwy wir w okolicy mostka – niczym wstydliwą nagość figowym listkiem. Udawałam, że ich nie ma, przyznawałam się do nich przed sobą jedynie w chwili słabości.  Im jestem starsza, tym bardziej przeczuwam jednak obecność szczęścia w ciągłym do niego dążeniu, w pragnieniu, w marzeniu, w chwytaniu nici babiego lata… To żaden wstyd. Może jestem coraz mniej naiwna, a może nareszcie mam odwagę, by to przyznać?  Nieistotne. Powoli uchodzi ze mnie poczucie winy za okazywaną niewdzięczność, a to wielka ulga. Ulga na miarę szczęścia.

13:35, lady_lavender , rozmyślania
Link Komentarze (10) »
piątek, 16 września 2011
Straszny dwór

Zabieram się do tego wpisu jak do jeża, bo jakoś tak zupełnie niepatriotycznie nie lubię narzekać. Obiecałam jednak swego czasu relację z wypadu w Beskid Niski, więc wychodzi na to, że aby dotrzymać słowa – ponarzekać jednak muszę. No, niestety.

Wyjazd ów, jak już wspominałam, miał być podróżą sentymentalną do miejsca, w którym przeszło dwadzieścia lat temu poznałam swoich najlepszych przyjaciół. Tak się złożyło, że w ich przypadku znajomość zawarta na młodzieżowym obozie w górach okazała się miłością na całe życie. Podczas tych dwudziestu kilku lat dochowali się trójki dzieci i wyemigrowali do zamorskiego kraju, gdzie mieszkają na stałe. Siłą rzeczy widujemy się dość rzadko, więc jeśli już mamy okazję –  staramy się wykorzystać ten czas do maksimum. Aby wreszcie  nacieszyć się sobą, zaplanowaliśmy na sierpień wspólne wakacje w schronisku górskim w Bartnem, dokładnie w tym samym, co niegdyś. Decyzja zapadła już w zeszłym roku. Każdy rozsądny człowiek postukałby się pewnie w głowę na wieść o tym, że planujemy przejechać prawie tysiąc kilometrów (w ich przypadku łącznie prawie dwa) w jedną stronę, tylko po to, by dotrzeć do drewnianej bacówki  ukrytej wśród beskidzkich błot i lasów. Nam jednak wydawało się zupełnie oczywiste, że któregoś dnia wrócimy w to miejsce. Czekaliśmy tylko, aż dzieci podrosną do tego stopnia, by bez problemu znieść tak długą podróż i wędrówkę po górach.

Monotonność całonocnej podróży przełamywaliśmy audycją w Radio ma Ryja. Teorie spiskowe i bajdurzenia o zamachu we mgle skutecznie podnosiły nam poziom adrenaliny w krwiobiegu. Kto nie znał tej metody na odpędzenie snu w trakcie nocnej jazdy – nich spróbuje. Radio ojca dyrektora jest wprost niezawodne i odbiera  nawet w najczarniejszych czeluściach naszego kraju. Swoja drogą, sądzę że to wcale nie przypadek.

Po kilkunastu godzinach jazdy dotarliśmy na miejsce. Asfaltowa droga zaprowadziła nas wprost do schroniska. Dwadzieścia dwa lata temu musieliśmy pokonać ją na własnych nogach, o żadnej asfaltówce nie było mowy. No nic, może to i lepiej – pomyślałam. W końcu jesteśmy bardzo zmęczeni, a dzieciaki głodne i marudne. Gdy wysiadłam z auta – dopadły mnie jednak wątpliwości. Czy to na pewno to samo miejsce, co kiedyś? Spojrzałam na przyjaciół – w oczach mieli to samo pytanie… Wysokie na dwa metry chaszcze zagłuszyły słoneczną polankę nad strumieniem, gdzie niegdyś drewniane ławy stały w pobliżu miejsca na ognisko. Zamiast słonecznej przestrzeni, wokół panował wilgotny mrok, rodem z ciemnej strony mocy. Psychodeliczny efekt potęgowały zakrwawione kukły, ustawione wokół schroniska i ogromne, plastikowe  pająki rozwieszone  na sznurowych pajęczynach. Co to do cholery jest??? Schronisko górskie, czy rezydencja rodziny Adamsów? Nie po to jednak człowiek jedzie setki kilometrów, żeby tak łatwo się zniechęcić. Tym bardziej, że gospodarz spodziewał się nas już od stycznia, a zaliczka tytułem rezerwacji została wysłana w lipcu…

Pierwsze kroki w schronisku odurzyły nas smrodem, jaki mogą wydzielić tylko wieloletnie pokłady niesprzątanego brudu. Mrok zapanował jeszcze większy, niż na zewnątrz. Nic dziwnego – w większości oprawek brakowało żarówek. Dobrze, że schody kleiły się niemiłosiernie, bo przynajmniej przyczepność była na tyle dobra, by nie spaść z nich, błądząc w ciemnościach. Gospodarz zdawał się być zaskoczony i rozczarowany, że w ogóle nas widzi. Na powitanie, wydając nam zatęchłą pościel niemal obrażony wydukał, że woli obsługiwać większe  grupy. Cóż… grupa siedmiu osób jak na warunki  niewielkiego schroniska wydawała mi się całkiem spora. Do tego na tydzień… Widać towarzyszyło mi zgoła błędne przekonanie. Wszystkie pokoje w bacówce stały puste, lecz gospodarz miał wielki problem z tym  gdzie nas ulokować. Spodziewał się podobno w najbliższych dniach owej tajemniczej  większej grupy. Pokoje dysponowały jedynie łóżkami wyposażonymi w materace, pamiętające czasy naszej wczesnej młodości. Zwichrowane okna nie chciały się domykać, a do drzwi nie można było otrzymać kluczy. Było to o tyle dziwne, że zajmując z mężem pokój dwuosobowy spodziewaliśmy się minimum prywatności, a i bezpieczeństwo nie było bez znaczenia. Wychodząc w góry, miałam zostawić wszystko na łaskę i niełaskę losu…  Prawdziwy szok przeżyłam jednak na widok sanitariatów. Drzwi do toalety oczywiście się nie zamykały, wszędzie syf i ruina. Na bank nie były remontowane od czasu naszej ostatniej wizyty. Standard pogorszył się również o brak ciepłej wody. W opisie schroniska widniała informacja o możliwości skorzystania z miejscowej kuchni.  Byliśmy głodni, nie bez obaw podążyłam więc do jamy gospodarza z pytaniem o możliwość odgrzania fasolki po bretońsku. W odpowiedzi usłyszałam, że takie fanaberie trzeba meldować panu na dwie godziny wcześniej, a tak w ogóle to on nie lubi jak mu się ktoś po kuchni pałęta. Zwierzył mi się również niechętnie,  że uciekł w to miejsce przed ludźmi, bo generalnie bardzo nie lubi ich towarzystwa. Cóż… tego zdążyłam się już domyślić. Po wejściu do kuchni domyśliłam się również powodu, dla którego konieczna była wcześniejsza awizacja chęci przygotowania jedzenia. Burdel panujący w tym pomieszczeniu i ilość brudnych garów, piętrzących się w zlewie przerosły moje najśmielsze oczekiwania co do bałaganu, jaki można zrobić w kuchni. Ciekawe od kiedy tam zalegały, bo tak jak już wcześniej wspomniałam – w schronisku nie było żywej duszy, za wyjątkiem gospodarza. Zdruzgotani ruszyliśmy do wsi, by pozbierać myśli. Pierwszy napotkany dom z napisem Noclegi zainspirował nas do dalszych działań. Gospodyni pokazała nam duży, jasny pokój, czystą łazienkę z ciepłą wodą, przestronną kuchnię z imponującym piecem… wszystko to w cenie zatęchłej nory w czymś, co kiedyś było schroniskiem. Decyzja zapadła od razu, pozostała jedynie kwestia odzyskania zaliczki. Uwierzcie, nie było łatwo. Pan gospodarz twierdził, że nie wie, czy zaliczka w ogóle wpłynęła. Niespecjalnie mnie to zdziwiło, bo potwierdziło to jedynie jego analny stosunek do prowadzonego przezeń interesu. Skasował nas za wydaną pościel, choć nie została użyta i za… dostęp do kuchni.

Nie wiem jakim cudem taki człowiek wpadł na pomysł, by prowadzić PTTK-owskie schronisko. Najprawdopodobniej uciekł w te rzadko odwiedzane rejony przed całym światem, licząc na święty spokój. Rzeczywiście – wychodząc na szlak, można tu nie spotkać  przez cały dzień żywej duszy… Nie mam pojęcia jakie problemy go dotknęły, ani przed czym ucieka, ale wiem, że do prowadzenia schroniska górskiego trzeba mieć zgoła inną motywację, za którą stoją serce i powołanie. Takie miejsca są zwykle bardzo skromne i nie oferują luksusów,  lecz przesycone są wyjątkową atmosferą oczekiwania na strudzonego wędrowca. Bacówka w Bartnem jedynie odstrasza i zniechęca. Ostrzegam, jeśli kiedyś rzuci Was w to uzdrowisko, trzymajcie się z dala od tego ponurego miejsca.

09:40, lady_lavender , podróże
Link Komentarze (14) »
czwartek, 15 września 2011
Bilans

Przez trzynaście lat mojego życia obserwowałam jak zawieszony pomiędzy rzeczywistością, a własnym wyobrażeniem siebie brnie w  ślepą uliczkę.

O nieszczęsny - pomyślałam na pożegnanie - oferujesz światu jedynie pogardę. Nie zdziw się, gdy kiedyś odpłaci Ci tym samym. Czasem trwa to bardzo długo, lecz prędzej czy później bilans wyjdzie na zero, wspomnisz moje słowa. To żadna klątwa, żadna wiedźmia sztuczka.  Nie ma w tym odrobiny magii, zjawisko działa wedle całkiem przejrzystych i logicznych zasad. Co w tym bowiem dziwnego, że od ludzi, którym okazujesz lekceważenie doczekasz się wyłącznie tego samego?  

Zło powraca, dobro powraca. Wyświechtany frazes, któremu przypisuje się Bóg wie dlaczego magiczną moc.  Czyż nie jest dużo bardziej prawdopodobne uzyskanie pomocy od człowieka, do którego wyciągnęliśmy kiedyś dłoń? Czyż nie jest niemal oczywiste, że skrzywdzony przez nas człowiek odpłaci nam niechęcią lub obojętnością? Gdzie tu magia? Prosta zasada wzajemności, od której, jak od każdej innej, zdarzają się wyjątki, lecz w sumie oparta na niemal policzalnych przesłankach.

Matka pozwalała na wszystko. W dobrej wierze i z miłości. Podobno. Prędzej z wygody, ale to moje osobiste zdanie. O ileż łatwiej jest tylko kochać, zamiast wychowywać. Bez wysiłku, bez narażania się na nieprzyjemności, bez trudnego odmawiania i stawiania granic. Jak łatwo wykpić się miłością i zrobić z dziecka kalekę, przekonaną o swojej wyjątkowości, nieprzygotowaną na jakiekolwiek przeciwności losu, gardzącą innymi ludźmi, od których oczekuje wyłącznie uległości i tolerancji dla swoich wybryków. Jak łatwo zrujnować mu życie.

Siedem lat to dużo? W tym roku los bezwzględnie zamknął bilans i rachunek spektakularnie się wyrównał. Nie, nie odczuwam żadnej satysfakcji. Wielokrotnie pisałam, że życzę mu dobrze. To w końcu ojciec mojego dziecka.  Analizę bilansów mam jednak w małym palcu i nie mogłam nie przewidzieć jaki będzie wynik. Każdy pracuje na swój los.

11:10, lady_lavender , rozmyślania
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2
stat4u