Widzę tylko tyle, ile widać w moim zwierciadle...
czwartek, 30 września 2010
Dzień chłopaka

W każdym mężczyźnie na zawsze pozostaje coś z małego chłopca. U jednego jest to strach przed igłą i dentystą, u drugiego nieporadność domowo - organizacyjna, u innego nieustający pociąg do zabawek, a jeszcze u innego ocalona dziecięca wrażliwość i wyobraźnia. Większość Pań dostrzega w swoich mężczyznach te krótkie porcięta, poobijane kolana i z czułością klei plasterki :-) Naturalnie pod warunkiem, że mężczyzna jest mężczyzną z lekkim rysem chłopca, a nie wiecznym chłopcem z lekkim rysem mężczyzny;-)

Wszystkim Panom w dniu ich święta życzę takiej radości, jak ta która towarzyszyła Wam gdy dostaliście pierwszą w życiu wyśnioną  koparkę z kiosku Ruchu, takiego szczęścia jak to, które przeżywaliście gdy pierwszy raz wzięliście za rękę wymarzoną koleżankę z klasy, takiej beztroski jak ta, która była udziałem Waszych dziecięcych zabaw i nieustającego zachwytu światem, na kształt tego który odkryliście kiedyś w kolorowych skrzydłach odlatującego motyla... I każemu Panu życzę też najczulszej pary oczu, która dostrzeże małego chłopczyka, potrzebującego czasem tylko tego, by mocno go przytulić.

A oto prezent dla Was.

Szczególne życzenia mam dla swojego chłopca, ale złożę mu je osobiście ;-)

P.S.

Dopisałam coś do pierwotnego tekstu, bo pomyślałam sobie że zapomniałam o bardzo ważnej sprawie...

środa, 29 września 2010
Marzenie

Wstanę jak zwykle wcześniej. Przycupnę cichutko na skraju łóżka, ciekawe czy poczujesz cień moich rzęs na swoim policzku... Proszę, nie obudź się zbyt wcześnie. Wstrzymam oddech i wejdę na paluszkach w Twój sen, tęczowe skrzydełka bajkowej wróżki zaniosą mnie wprost do  świata gdzie przechowujesz najskrytsze marzenia. Jeden ruch magicznej różdżki, kaskada iskier i spełnią się wszystkie. Chcesz?

Albo nie, już wiem…  Zostawię Ci  jedno, bo dobrze jest o czymś marzyć, wciąż czegoś pragnąć, mieć o czym śnić.

Chciałabym tam spotkać siebie  - taką jaką mnie widzisz – piękną i dobrą. Powiedziałabym tej pięknej, dobrej sobie jakie miała szczęście i komu zawdzięcza cały swój blask… Chciałabym zobaczyć tam nasz dom szczęśliwy naszym szczęściem, ogromne okno w sypialni prowadzące wprost do pachnącego ogrodu. Naszą wspólną starość o łagodnych oczach i spokojnym obliczu.

Prawdę mówiąc, czy muszę zakradać się w Twe sny? Przecież widzę to co dnia w Twoich oczach. Obudź się i spójrz na mnie.

wtorek, 28 września 2010
Wszyscy moi natręci

Bywam przewrotna i prowokująca. W końcu jestem kobietą. Siedzi we mnie mały chochlik, który wyłazi czasem i sprawdza na ile może sobie pozwolić, dopóki nie dam mu po łapach.  Nigdy nie wiadomo dlaczego wybiera sobie taki, a nie inny moment. Te sprawy w przypadku kobiet nie podlegają wyjaśnieniom.  Do napisania tekstu o wszystkich moich natrętach skłoniły mnie jednak rzeczywiste wydarzenia rodem z firmowego łona. Byłam trochę wkurzona i pewnie stąd ten lekko przesadny charakter tekstu. Chciałam oddać klimat  odbijający się wyłącznie w moich oczach, więc wyostrzyłam tło zdarzeń i osoby biorące w nich udział. Proszę więc o zachowanie stosownego dystansu i potraktowanie go z dużym przymrużeniem oka.

Piątkowy firmowy wyjazd integracyjny spowodował, że ten śmieszny na pierwszy rzut oka wywód znów ożył we mnie trochę mniej śmiesznymi refleksjami. Znów się wkurzyłam. Mogłabym potraktować temat całkiem serio i napisać poważny elaborat, bo temat jak najbardziej temu odpowiada, jednak chochlik wyciągnął już z szuflady tekst, który kiedyś sam napisał i nim zdążyłam dobrze się nad tym zastanowić – umieścił go na blogu ;-)

 

Koniec urlopu. Definitywny koniec i koniec. Nigdy nie wiem co zastanę po powrocie do pracy  i szczerze mówiąc bardzo nie lubię tej chwili, gdy siadam po dwóch tygodniach  za swoim biurkiem i widzę poprzekładane papiery, powyciągane akta, umowy, których później muszę szukać, bo ktoś nie raczył odłożyć ich na miejsce, korespondencję walającą się po szufladach w nieładzie… zwykle poświęcam cały pierwszy dzień na porządki i orientację w zdarzeniach, które podczas urlopu mnie ominęły. Firma  żyje, więc zmiany dokonują się bez przerwy, nie ma w tym nic dziwnego… jedno jednak pozostaje niezmienne i choć to już naprawdę kolejny, kolejny mój urlop w tej firmie – po powrocie zawsze mogę liczyć na to, że dopadną mnie wszyscy moi natręci.

No może nie wszyscy, bo poza pracą też mam ich trochę, ale tu chyba fanklub mam największy i najwierniejszy, przy okazji to najtrudniejsza grupa natrętów, bo skazana jestem na nich przez osiem godzin dziennie, bez możliwości wręczenia czerwonej kartki i posłania na aut. To przecież są moi koledzy z pracy, więc nasze relacje powinny układać się co najmniej poprawnie w imię dobra pracodawcy. Natura obdarzyła mnie dość szczodrze rozdając swoje dary, nie pożałowała mi uroku, dała też piękny uśmiech i usposobienie flirciary. Niech no się tylko uśmiechnę, rzucę powłóczyste spojrzenie spod przymkniętych powiek…

Nie, nie robię tego w pracy, no chyba że się zapomnę lub stosuję to jako narzędzie wyszukanej tortury, gdy któryś z natrętów bardzo mnie wkurzy – męczę ich wtedy sobą, nie narażając się już na ryzyko, bo nauczyłam ich przez te wszystkie lata stosownego dystansu, wiedzą więc że jedyne co im pozostaje to sobie popatrzeć… Mam tam takiego jednego, który wiele lat temu, gdy dopiero zaczynałam pracę usiadł na krześle naprzeciwko mnie i po prostu wlepiał we mnie oczy.  Zdziwiona zapytałam dlaczego tak mi się przygląda, a on najbezczelniej na świecie odparł, że dlatego że mu się podobam. Nawet bardzo i że mógłby tak siedzieć i patrzeć godzinami. Nie tracąc fasonu najmilej jak umiałam zapytałam, czy jest pewien, że aby na pewno za to mu płacą… Zmieszał się i odszedł zająć się swoimi sprawami. Do dziś podskakuje jakoś tak dziwnie, gdy stoję obok, robi maślane oczy i z trudem powstrzymuje ręce, które przesadnie uwalnia tylko kilka razy do roku, gdy składamy sobie życzenia z okazji świąt, czy imienin…  słowem, gdy jest okazja. W ostatni piątek spotkałam go na ulicy, gdy jeszcze byłam na urlopie… no myślałam, że mrówki go oblazły – zatrzymał się nagle, wyskoczył z samochodu i biegł do mnie z wyciągniętymi łapami,  ze słowami – no kiedy wracasz do pracy, jak pięknie wyglądasz ... Powolnym ruchem zdjęłam przeciwsłoneczne okulary i spojrzałam na niego lodowato. Łapy nagle mu opadły, zwisając żałośnie w geście w pół uciętej przyjemności. Dziękuję, będę w poniedziałek, wybacz mam kilka spraw do załatwienia – odrzekłam. I poszłam. Proszę mi wierzyć, ten facet jest jak amator sportów zimowych, im chłodniej go traktuję, tym bardziej się zapala. Nie mogę jednak przyjąć innej postawy, bo od razu miałabym na sobie nie tylko jego wzrok, ale i ręce… Tym sposobem skazana jestem na jego niesłabnące zainteresowanie. 

To jest jednak jeden z wielu kolegów, nie istnieje pomiędzy nami żadna zależność służbowa, więc jest to problem natury mniej skomplikowanej, niż na przykład natręctwo szefa, od którego jestem w pracy w pełni zależna, czy kontrahenta, od którego w jakimś stopniu zależą losy firmy. Z tym jednak też sobie poradziłam. Szefów miałam już kilku  i za każdym razem metoda okazywała się skuteczna. Zawsze jestem miła –  bo miła jestem też z natury –  choć przy okazji bardzo rzeczowa i stanowcza, niewiele się odzywam, bo jestem również powściągliwa, poruszam zwykle tematy służbowe unikając wątków osobistych, przyjmuję w pełni profesjonalną postawę – od gestów po słowa, od razu, od pierwszej chwili  narzucam spory dystans i staram się  pokazać, że nie jestem głupiutką ślicznotką –  zarzucam szefów fachową terminologią i skomplikowanymi zagadnieniami ekonomicznymi. Od czasu do czasu wyrażam troskę pytając o żonę i dzieci. Głupie aluzje, pojawiające się na początku znajomości puszczam mimo uszu lub udaję, że nie rozumiem o co chodzi. Działa bez pudła. Czasem takie wychowanie trwa dłużej, czasem krócej, ale nie zdarzyło mi się, by szef składał mi jakiekolwiek propozycje, nawet pomimo faktu że od kilku lat jestem szczęśliwą rozwódką. Tego nie udało mi się niestety zachować w tajemnicy, ale poza tym na temat mojego życia osobistego nikt w firmie nic nie wie. I tak ma być.

Kontrahent to również trudny przypadek, choć może nie tak trudny jak szef. Ten przyjdzie i pójdzie, a szefa mam na co dzień. Trzeba jednak postępować z nim delikatnie, by niczym go nie urazić – przecież przez jakąś głupotę nie można narażać pracodawcy na przykład na utratę kontraktu… Zwykle są grzeczni, ale był wśród nich jednak jeden taki przypadek, który skutecznie wyprowadził mnie z równowagi i zmusił do zachowania na granicy profesjonalizmu… Pamiętam to jak dziś… mieliśmy spotkanie u nas w biurze, to był jakiś szefa znajomy z misji gospodarczej do Chin. Standardowo zaproponowałam mu kawę lub herbatę. Na fali zachwytu Dalekim Wschodem zażyczył sobie herbatę… jaśminową. No proszę Państwa… owszem, dysponowałam zieloną, czarną, a nawet czerwoną, ale jaśminowej nie miałam. Odparłam że bardzo mi przykro, że takowej nie posiadam i że może coś w zamian? Tak – odparł całkiem poważnie – pani numer telefonu. Zatkało mnie, ale po chwili oprzytomniałam i wycedziłam niby żartem numer telefonu służbowego. Nie pojął aluzji, ciągnął dalej – ale mi chodziło o pani prywatny numer i patrzył na mnie natarczywie… Pan wybaczy, ale mój prywatny numer, to moja prywatna sprawa – odpowiedziałam nie bacząc, że zrobiłam się naprawdę złośliwa. To był jeden, jedyny taki przypadek i więcej się nie powtórzył. Dyrektor przepraszał mnie później zresztą przez cały dzień za tego dupka, bo przecież był świadkiem całej sceny…

Tak, ciężkie jest życie niebrzydkiej i niegłupiej kobiety w świecie, w którym mężczyźni dają sobie prawo do takich zachowań wyłącznie dlatego, że noszą spodnie. Ciągle trzeba coś udowadniać – a to, że nie jest się łatwą, a to że jest się profesjonalną i rzeczową, a to że zasługuje się na zarobki równe zarobkom kolegi, choć kolega gorzej wykształcony i z mniejszym zakresem obowiązków i odpowiedzialności…  Jesteśmy statystycznie lepiej wykształcone od panów, lepiej zorganizowane, nasza aktywność dotyczy większej ilości dziedzin życia, musimy połączyć o wiele więcej wątków, a wciąż traktowane jesteśmy gorzej, ponieważ jesteśmy kobietami… Wiem, że nie przez wszystkich, wiem że są świadomi mężczyźni, ale ilu ich jest w całej masie facetów skażonych portkowo - krawatową manią wielkości?

Minął pierwszy dzień w pracy po urlopie. Mam nadzieję, że wszyscy moi natręci nasycili już wygłodniały wzrok i jutro atmosfera się rozluźni. Dziś jestem lepka od spojrzeń, chyba zaraz wejdę pod prysznic…

10:26, lady_lavender , szuflada
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 27 września 2010
Ogórek party

Prawdziwa magia nie mieszka wcale w wymyślnych miksturach zza siedmiu mórz i siedmiu rzek. Nie, o nie... Prawdziwa magia mieszka w najprostszych przepisach przekazywanych z pokolenia na pokolenie, w tradycji rodzinnej kuchni. Przysiada cichutko przy stole i rozdaje domownikom ciepłe uśmiechy. Widać ją w oczach matki, gdy podaje gorący obiad, widać w umorusanych buziach dzieci pałaszujących mamine przysmaki. W każdym przygotownym posiłku jest miłość, troska i dobre zaklęcie na udany dzień.

Moje ogórki pachną ogrodem, jest w nich koper, czosnek, chrzan, liść wiśni, winorośli i czarnej porzeczki. Robię je z myślą o kimś, kogo kocham, więc wkładam do słoików również kawałeczek serca.

Zainspirowana komentarzami Donny i Sevena zapraszam dziś na ogórkowe przyjęcie. Można się przyłączyć, można też przynieść coś ze sobą - mam na myśli przepisy na domowe przetwory lub inne przysmaki. Do ogórków na pewno pasuje chlebek ze smalcem, więc jeśli ktoś wypieka samodzielnie chleb lub zna sposób na przepyszny smalec, to może uchyli rąbka tajemnicy?  

czwartek, 23 września 2010
Hej, mała... życie jest takie proste

Wczorajszy popołudniowy spacer po parku przypomniał mi notkę, którą napisałam mniej więcej rok temu - czyli w sumie nie tak dawno. Z radością dziś stwierdziłam, że ostatnim zdaniem tego tekstu wywróżyłam sobie wszystko to, co spotyka mnie dziś. A może zaklęłam rzeczywistość, a może zmądrzałam, a może po prostu miałam szczęście? Znalazłam swojego prostolinijnego, mądrego chłopaka, który nie cierpi na przerost ego, który skraca moje niedorzecznie skomplikowane wzory na życie, który sprawia że czuję się szczęśliwa...

Wspominałam już, że mam talent do komplikowania sobie życia? Tak, wspominałam. Nie wiem doprawdy, czy robię to na własne życzenie, w głębi ducha czując, że takie zwykłe, proste sytuacje i historie są nie dla mnie, że znudziłabym się za chwileczkę, za momencik i od nowa  węszyła za czymś, w co mogłabym zaangażować swoją potrzebę pogłębionej analizy? Że też nawet specjalizację zawodową taką sobie wybrałam… analiza finansowa i wycena przedsiębiorstw… dla wielu na pewno brzmi  jak mozolna tortura za pomocą wzorów i kalkulatora, a ja uwielbiam swoje cyferki, bo przetwarzając je i analizując dowiaduję się naprawdę dużo i proszę mi wierzyć, że komuś,  kto sprawnie posługuje się liczbami i wie jak je zinterpretować, takie zestawienia, tabele i wskaźniki mówią wszystko, a nawet więcej. O to więcej zwykle chodzi, bo dzięki temu można wykryć słabe punkty, wąskie gardła i takie tam inne ekonomiczne niedomagania i optymalizować, optymalizować…  Nieważne. Tak więc nie wiem, czy z tym skomplikowaniem to na życzenie własne, zdeterminowane całokształtem mojej osoby, czy jakiś złośliwy przypadek? Podejrzewam, że niestety jednak przypadku obwiniać nie mogę… Jak na analityka przystało zdaję sobie bowiem sprawę z tego, że czyste przypadki to rzecz sporadyczna, a jeśli coś powtarza się do bólu systematycznie, to na pewno jest w tym jakaś logika, prawidłowość, którą można odnaleźć, zidentyfikować i opisać. 

Każdy człowiek obdarzony jest unikalnym potencjałem, jest absolutnie wyjątkową  mieszanką cech charakteru, fizjonomii, temperamentu, wrażliwości. Niemal nieograniczona  ilość  możliwych zmiennych w tych kategoriach powoduje, że kombinacji jest nieskończenie wiele – no, może skończenie, bo coś koło siedmiu miliardów. Ale zaraz … to nie są przecież i tak wszelkie możliwe kombinacje. Było ich na przestrzeni dziejów już całkiem sporo – dokładnie tyle, ilu ludzi stąpających po ziemi, a i będzie nie wiadomo jak wiele jeszcze... Moglibyśmy pójść z rozważaniami jeszcze dalej – ile możliwości nigdy nie zostało wykorzystanych, bo przecież połączenie genów kobiety  z genami mężczyzny zawsze jest niepowtarzalne, a zwykle jedna kobieta łączy swe geny z jednym tylko  mężczyzną i coraz częściej tylko raz. Ile możliwości zatem przepada! Tak, w zakresie ilości możliwych kombinacji pozostanę więc  przy pierwotnym nieskończenie wiele, bez poprawki. 

Skoro więc jesteśmy tak unikalni i jednocześnie zdeterminowani własnym potencjałem, możemy się spodziewać, że niezależnie od okoliczności zawsze będziemy w pewien sposób kreowali własną rzeczywistość wedle tylko sobie właściwych schematów.  Jest coś zadziwiającego w tym, że możemy zmieniać po wielokroć środowisko, partnerów, pracę, a i tak zawsze dogonią nas te same historie, te same problemy, te same rozterki…  Oznacza to, że od siebie po prostu nie ma ucieczki. Można być świadomym, pracować nad sobą, próbować okiełznać swój charakter, lecz tak naprawdę mało komu się to udaje, a na większość spraw i tak nie mamy wpływu, choćbyśmy bardzo chcieli. Nie uda nam się bowiem oszukać samych siebie – nie sprawimy na własne życzenie, że coś  nagle zacznie nam się podobać, smakować, budzić przyjemne doznania. To jest po prostu  niemożliwe.

 Wchodząc w interakcje z innymi ludźmi mamy zwykle ustalony obraz tego, czego od nich oczekujemy w ramach przyjaźni, miłości, współpracy, stosunków sąsiedzkich i tak dalej i tak dalej… postawy te ewoluują pod wpływem zdobywanych doświadczeń, możemy na ten przykład stać się bardziej wyrozumiali, albo wręcz przeciwnie – bardziej zatwardziali w swoich przekonaniach, ale znów gatunek tych zmian i kierunek ewolucji pod wpływem doświadczeń zdeterminowany jest naszym charakterem… To niestety wiele tłumaczy, choć oczywiście nie powinno nikogo zachęcać do porzucenia pracy nad sobą, zdobywania samoświadomości i prób okiełznania gryzących go robali. Są tacy, którym naprawdę się to udaje, lecz trzeba mieć też świadomość tego, że wchodząc na drogę samodoskonalenia nie możemy działać wbrew sobie, nieszczerze, na siłę, nie możemy łamać własnego charakteru, bo w konsekwencji nie osiągniemy niczego dobrego. Dorobimy się frustracji, a może i depresji przytłoczeni wewnętrznym rozdarciem pomiędzy tym kim jesteśmy, a jacy chcielibyśmy być. Takie zmiany powinny być naturalnym procesem, postępującym wraz ze zrozumieniem świata, ludzi i siebie samego. Starajmy się więc więcej rozumieć, niż na siłę zmieniać.

Ja też mam swoje trupy w szafie, jak każdy. Mój własny potencjał powoduje, że pcham się w skomplikowane historie, które zwykle jeszcze bardziej komplikuję próbując dociec sedna sprawy, kierowana chęcią wyjaśnienia i wyciągnięcia właściwych wniosków. Kosztuje mnie to sporo wysiłku, a gdy wbrew moim staraniom analiza nie przynosi odpowiedzi na  pytania – jestem po prostu zła. Teraz może już mniej, niż kiedyś, bo w toku mojej własnej ewolucji zrozumiałam, że czasem po prostu trzeba odpuścić, by nie zwariować. Tak długo jednak, jak tego nie rozumiałam – wszelkie próby odpuszczania były daremne, choć w głębi ducha czułam, że tak właśnie powinnam postąpić. Facetów też wybieram sobie skomplikowanych, najczęściej niestety z przerostem ego. Nigdy nie było mi dane poznać prostolinijnego chłopaka, który wyciągnąłby mnie na piwo do parku i powiedział – hej, mała, życie jest takie proste i takie fajne… nie wiem, może  takie fajne, nieskomplikowane chłopaki zawracają w pół drogi do mnie, widząc co kryje się w moich oczach. Kiedyś kolega powiedział mi, że widać w nich moje myśli. Jeśli tak, to w sumie nic dziwnego. Po co taki nieskomplikowany chłopak ma sobie komplikować życie? Przyciągam trudne przypadki i koniec. Może kiedyś zrozumiem, że nie warto tracić czasu na rozwiązywanie problemów skomplikowanych facetów, a wtedy jakiś prostolinijny gość zabierze mnie na piwo do parku i powie – hej, mała, życie jest takie proste i takie fajne…

09:07, lady_lavender , szuflada
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4
stat4u