Widzę tylko tyle, ile widać w moim zwierciadle...
środa, 31 sierpnia 2011
Długie nogi i ciężka siata

Potrzebowałam tych kilku zdań, by nareszcie zrozumieć  znaki zapytania ciągnące się za mną od lat. Może raczej, by usunąć je z końcówek zdań i w ich miejsca powstawiać kropki - tak, by z pytań uczynić zdania twierdzące. Takie proste, tak mało odkrywcze, banalne wręcz zdania,  tak oszczędne w słowa, a jednak… Co jest w nich takiego, że otworzyłam szeroko oczy? Fakt, że wypowiedział je mężczyzna? Całkiem poważny mężczyzna, całkiem poważnym tonem, bez cienia hipokryzji i tendencji do przykrywania prawdy eufemizmem półprawdy.

Mężczyźni szukają różnych kobiet do różnych zadań – i wiem, że brzmi to szowinistycznie, ale często spotykam się z takim podejściem niestety. Inne partnerki służą do zaspokojenia ich fantazji seksualnych, a inne do założenia rodziny. Kobiety, dużo uczciwsze w swoich wyborach, starają się to pogodzić, odnaleźć wszystko w jednym partnerze.”  Fragment wywiadu z aktorem Mikim Manojloviciem, Wysokie Obcasy, 27 sierpnia 2011, nr 34 (637).

Widzisz, Chiantia… czerwone ferrari zawsze idzie w parze z zajebiście długimi nogami, ale może już niekoniecznie z siatą pełną sprawunków. Przypuszczam nawet, że każda taka fura ma wiele miejsca  na nogi pasażera i bagażnik w absolutnym zaniku. Wciąż jednak kombinuję jak mają się długie nogi do ciężkiej siaty. Tym bardziej, że nie jeżdżę ferrari;-)

10:44, lady_lavender , rozmyślania
Link Komentarze (19) »
wtorek, 30 sierpnia 2011
Niesamowity zbieg okoliczności

Naprawdę. Niesamowity! Nie dość, że nigdy dotąd poza króciutkim epizodem z dzieciństwa nie miałam okazji goscić w Trójmieście, to jeszcze nigdy nie byłam na meczu piłkarskim. Mało tego... Nigdy nie widziałam na własne oczy stadionu z prawdziwego zdarzenia.

W przyszłym tygodniu wszystko to przeżyję po raz pierwszy dzięki fartowi mojego męża, który wygrał bilety na mecz Polska - Niemcy,  uświetniający otwarcie bursztynowego stadionu w Gdańsku. No dobra... z tym uświetnieniem to może trochę przesadziłam, ale mam nadzieję że niezależnie od poziomu gry polskiej reprezentacji piłki kopanej i tak będę się dobrze bawiła.

Najbardziej cieszy mnie jednak to, że nareszcie zobaczę gdańską starówkę, sopockie molo i Skwer Kościuszki w Gdyni, o którym tyle słyszałam od mojego ojca. Huraaaa!!!!

poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Lato, którego nie było

Końcówka lata, którego nie było… coś jak pocztówka z nigdy nie zrealizowanej podróży. Zastanawiam się jak wyglądał ten czas rok temu, jak będzie wyglądał za rok. Inaczej, inaczej, inaczej… Zegar życia zazębia kolejny trybik, słyszę znajome klik i myślę o tym jak trudno jest żyć tak po prostu tu i teraz, bez odniesienia do tego co było, bez wybiegania w to co będzie.

Miałam kiedyś taki pomysł, by robić sobie zdjęcie każdego dnia, aby uwiecznić  upływ czasu pocięty na małe odcinki.  Fascynuje mnie nieuchwytność  różnicy obserwowanej z dnia na dzień  oraz  zestawienie początku i końca, w których różni się wszystko.

Życie jest jak domino. Każda kostka popycha kolejną, każdy dzień determinuje następny. I tylko ta ochota, by niektóre powybierać i odesłać  w czarną dziurę. Patrzę na coraz bardziej zachmurzone niebo i słyszę śpiew figlarnego wiatru. Nie da się, nie da się, nie da się…

14:11, lady_lavender , rozmyślania
Link Komentarze (23) »
piątek, 26 sierpnia 2011
Siedem grzechów

Pisałam już kiedyś, że nie lubię łańcuszków. Pisałam również, że nie bawię się w tę niedorzeczną zabawę, chyba że zostanę w miły sposób przymuszona i nie będę umiała odmówić. No i właśnie zostałam przyciśnięta, w dodatku do tego, by - jak mawia Ferdek Kiepski- publicznie się skompromisować. Wielkie dzięki, Natali... ;-) Lista moich siedmiu grzechów głównych będzie oczywiście tendencyjna i proszę mi nie zarzucać, że niektóre grzechy, to nie grzechy, a pozostałe są obrzydliwie pospolite.

  1. Na pierwszy rzut pójdzie ten jeden, jedyny grzech, który z pewnością odróżni mnie od innych blogerów.  Jezu… wreszcie jakaś korzyść z czegoś, co długie lata było źródłem moich frustracji i kompleksów. Teraz wyjdzie na to, że jestem oryginalna. I niech mi tylko nikt nie odbiera dobrego samopoczucia i nie pisze, że on również nie umie jeździć na rowerze.
  2. W dzieciństwie zakładałam śwince morskiej klipsy na uszy i śmiałam się do rozpuku, patrząc jak biedne zwierzę próbuje się od nich uwolnić. Do dziś mam wyrzuty sumienia i nie pojmuję jak mogłam być tak wrednym i bezdusznym gówniarzem.
  3. Jestem pedantką. Ta wada nie wymaga obszernych wyjaśnień.  Prawie każdy wie, jak bardzo uciążliwe jest życie z kimś do bólu obowiązkowym, poukładanym i ogarniętym manią czystości.  Mnie samej również nie jest z tym łatwo. Są bowiem takie miejsca, w których brzydzę się nawet oddychać.
  4. Nie umiem spać do dziewiątej. Najczęściej otwieram oczy skoro świt i męczę się, leżąc w łóżku z poczuciem marnotrawienia czasu.
  5. Przeklinam. Czasem jak szewc – głośno i soczyście.
  6. Mam ogromną słabość do luksusowych kosmetyków. Uwielbiam perfumy, na tusz do rzęs potrafię wydać majątek.
  7. Zasypiam w trakcie  oglądania filmów i jazdy samochodem, co czyni ze mnie beznadziejnego towarzysza seansów filmowych i podróży samochodowych. Ileż to razy mój nieskończenie cierpliwy mąż oglądał ze mną trzy razy ten sam film… Tylko, że on za każdym razem w całości ;-) W samochodzie zasypiam wyłącznie w roli pasażera. Za kierownicą jeszcze nie miałam okazji. Marne to jednak pocieszenie, bo i tak jest mi strasznie głupio, że opuszczam męża w trakcie jazdy. To potwornie nielojalne, lecz naprawdę nie jestem w stanie nic  na to poradzić. Nic.

Zabawa w łańcuszek zobowiązuje mnie do namaszczenia kolejnych spowiadających się, ale ja swoim zwyczajem nikogo do niczego nie zmuszam, bo za bardzo cenię wolność cudzą i własną (w tym wypadku wychodzi na to, że nawet bardziej cudzą). Jeśli ktoś czuje potrzebę, by się wyspowiadać – śmiało,  bardzo proszę :-)

czwartek, 25 sierpnia 2011
Śmietnik na talerzu

... czyli ciąg dalszy wczorajszych wywodów. Tym razem - zgodnie z obietnicą - o produktach, które nader często serwujemy bez zastanowienia dzieciom. Bo tak się przyjęło, bo przecież paróweczka jest lekkostrawna, twarożek zdrowy, a soczek pełen witamin. No to proszę.

Pitny Danone – truskawka + poziomka. Nie, wcale nie zapomniałam napisać „jogurt”, bo jak wynika z opisu zamieszczonego bardzo małym drukiem – jest to napój jogurtowy. Owszem, skład dowodzi w pełni, że z całą pewnością nie mamy do czynienia z jogurtem:

-        Mleko pasteryzowane- 37,5%,

-        Serwatka odtworzona,

-        Woda,

-        Cukier,

-        Wsad owocowy (cukier, truskawki – 0,6% i poziomki – 0,5%, aromaty, koncentrat z czarnej marchwi, barwnik: ekstrakt z papryki),

-        Skrobia modyfikowana,

-        Żywe kultury bakterii jogurtowych.

Dopisek: wstrząsnąć przed użyciem.

Nie trzeba. Mną i tak wstrząsnęło. Co to jest do cholery czarna marchew??? Co to jest serwatka odtworzona??? Z czego odtworzona? Jakim cudem w napoju owocowym znajduje się łącznie 1,1-procentowy udział owoców??? Spróbujcie zrobić sobie taki eksperyment – weźcie 100 g jogurtu naturalnego i dodajcie do tego 1 g truskawek, zmiksujcie. Konia z rzędem temu kto wyczuje w tej mieszance choćby ślad truskawki. Skąd więc ten bogaty owocowy smak i aromat naszego napoju? No skąd?

Parówki „Berlinki” firmy Morliny. Właściwie jest to kiełbasa homogenizowana wędzona, parzona. Weźmy lupę… i rozszyfrujmy skład:

-        Mięso wieprzowe,

-        Woda,

-        Sól,

-        E 1420 – skrobia modyfikowana,

-        Białko sojowe,

-        Przyprawy,

-        E 451, E 422 – stabilizatory,

-        Glukoza,

-        E 621 – substancja wzmacniająca smak i zapach,

-        E 407 – substancja żelująca,

-        E 250 – substancja konserwująca.

Eeeeee…. Co by tu jeszcze dodać? Produkt zawiera soję. Oczywiście,  że zawiera. Jak na wędlinę przystało. Nie tylko parówki, a wszystkie, nawet te bardzo drogie wędliny mają ją w swoim składzie. Jest cudownym wypełniaczem. Wiem to, bo poczytałam sobie w kolejce do stoiska mięsnego etykiety, które ujawniają skład. Te parówki i tak miały sporo szczęścia, bo zostały  uwędzone. Są wszakże takie, do których dodano jedynie aromat dymu wędzarniczego i pomalowano barwnikiem, by wyglądały jak po wizycie w wędzarni.  W dawnych czasach chodził żart o tym, że do parówek dodawano papier toaletowy. Nikt niestety nie wspominał o tym, czy był to papier odzyskany, jak serwatka w Danonie.

Hochland kanapkowy, śmietankowy. Co to jest Hochland? Otóż okazuje się, że Hochland to jest coś, czym  można posmarować kanapkę. Naprawdę!  Kiedyś mówiło się na to twarożek, ale dziś firma Hochland doskonale wie, że jej produkt to tylko marna imitacja twarożku i dlatego na opakowaniu ten wyraz nie występuje.  Pewnie nie spełnia norm zastrzeżonych dla tej nazwy podobnie jak Danone pitny nie spełnia norm zastrzeżonych dla jogurtu. Skład:

-        Tłuszcz roślinny,

-        Białka mleka,

-        Ser twarogowy,

-        Woda,

-        Mleko odtłuszczone,

-        Odtłuszczone mleko w proszku,

-        Aromat naturalny,

-        Sól,

-        Regulator kwasowości (kwas cytrynowy),

-        Zagęstnik E 410.

Mniam, mniam... Samo zdrowie…

Tymbark jabłko i arbuz. Napis na etykiecie zachęca: "Promocja! Przygoda życia warta 75 000 zł. Poczuj smak wielkiej niewiadomej!" Oj tak, tak,  zaiste... wielkiej niewiadomej:

-        Woda,

-        Soki z zagęszczonych soków (26%) z jabłek i arbuza,

-        Syrop glukozowo – fruktozowy,

-        Regulator kwasowości,

-        Koncentrat czarnej marchwi,

-        Koncentrat borówki,

-        Aromaty.

No to znamy już smak wielkiej niewiadomej. No, może nie do końca, bo  czarna marchew wciąż stanowi dla mnie zagadkę.

A teraz niespodzianka.

Kocia karma z łososiem w sosie „Figaro” wyprodukowana przez Pupil Foods Sp. z o.o. Oto skład:

-        Mięso i produkty pochodzenia zwierzęcego,

-        Zboża,

-        Ryby i produkty rybne (w tym łosoś – minimum 4%),

-        Substancje mineralne,

-        Witaminy.

Ani śladu skrobi modyfikowanej, żadnego "E”, żadnego polepszacza, aromatu, odzyskanej serwatki  i czarnej marchwi. A łososia więcej, niż owoców w owocowym Danonie… Może zacznę jeść kocią karmę?

Nie chcę dłużej Was szokować. Poszokujcie się sami i prześledźcie etykiety produktów, które leżą w waszych lodówkach. Jeśli bardzo chcecie się nad sobą poznęcać – proponuję poczytać składy zupek w proszku, chipsów lub innych karkołomnych wynalazków. Gorąco namawiam do studiowania  etykiet i wybierania produktów, które mają najkrótszą listę składników. Wbrew pozorom takie wciąż jeszcze się zdarzają i kosztują często tyle samo lub mniej, co ich  przebogate odpowiedniki.

 
1 , 2 , 3
stat4u