Widzę tylko tyle, ile widać w moim zwierciadle...
wtorek, 31 sierpnia 2010
Triumf klęski, klęska triumfu

Nie lubię stereotypów i uogólnień, staram się unikać ich jak ognia bo wiem jak niesprawiedliwe i krzywdzące bywają osądy wydawane na ich podstawie. Czasem jednak, gdy jakieś zjawisko, czy postawa występuje z niebywałą regularnością, to po prostu nie sposób uciec od wrażenia, że mamy do czynienia z czymś na kształt algorytmu myślenia, czy działania. Wczoraj przy okazji oglądania relacji z żenujących obchodów trzydziestolecia Solidarności dopadły mnie takie właśnie refleksje. Pozwolę więc sobie na pewne uogólnienie, które dojrzało jak ciężka, dorodna gruszka i z wielkim hukiem spadło mi na głowę.

Wydawać by się mogło, że zwycięstwo czy sukces to zdecydowanie lepszy powód do dumy i świętowania, niż wstydliwa z reguły porażka, czy tym bardziej klęska. Otóż wcale nie. Okazuje się, że nie zawsze. Jest na świecie taki naród, który pamięć o największych dramatach z masochistyczną lubością pielęgnuje jak najdroższy skarb, a triumfy zamienia w klęski wzajemnych waśni lub bezlitośnie wrzuca w ciemną czeluść zapomnienia. Podam kilka przykładów, choć zaznaczam, że orłem z historii nigdy nie byłam i nigdy nie pretendowałam do tytułu prymusa z tej akurat dziedziny.

W tym roku obchodziliśmy 600 rocznicę bitwy pod Grunwaldem – największej bitwy Średniowiecza. Piękne, jakże spektakularne zwycięstwo zgromadzonego pod polskim dowództwem oręża, rocznica jak najbardziej okrągła, a obchody? Tak, owszem… był wielki festyn i nawet bitwa była. W zbrojach, jak należy. Ale czy ranga tego wydarzenia znalazła właściwą oprawę na miarę  narodowego święta? Raczej nie, było przaśnie, swojsko i jarmarcznie, podniosłego nastroju nie było. Bo i po co? Mieliśmy przecież niedługo później znacznie ważniejszą rocznicę do uczczenia. Jak co roku z wielką pompą w obecności wszystkich możliwych oficjeli czciliśmy nabożnie po raz kolejny rocznicę Powstania Warszawskiego. Krwawego, beznadziejnie z góry skazanego na przegraną pogromu Warszawskich Dzieci… Jedno z dwóch wygranych polskich powstań – Wielkopolskie, nie doczekało się ani uroczystych obchodów na krajowym szczeblu, ani godnego przypomnienia w mediach. Czy ktoś w ogóle o nim jeszcze pamięta? Wczoraj sprowadziliśmy na bruk i zeszmaciliśmy nasz największy współczesny triumf, którego pamięć powinniśmy sławić na cały świat, strzec i dumnie przypominać  o ideałach solidarności, wolności i braterstwa. Jutro przypada 1 września, założę się że i tę klęskę godnie uczcimy. Jak co roku. Wyciem syren i serią czarno – białych obrazów w publicznej TVP. Pewnie i przemówi ktoś ważny. A czy ktoś przypomniał choć raz w tym roku zwycięstwo pod Wiedniem? Zaraz, zaraz, a kiedy to właściwie było? A kto tam wygrał i z kim? Aaaa… tak, tak… To ta śmieszna bitwa z piórami na plecach, w wyniku której postawiliśmy sobie namiot na Wawelu…

Nie namawiam do okrywania nimbem niepamięci bolesnych stron naszej historii. Nie umiem jedynie pojąć dlaczego nadaje im się tak szczególną rangę, deprecjonując jednocześnie najjaśniejsze punkty naszych dziejów. Myślę o przyczynach i przypomina mi się pewien tekst, który napisałam kiedyś na temat poczucia własnej wartości... W najbliższym czasie go przypomnę.

08:49, lady_lavender , rozmyślania
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 30 sierpnia 2010
Nieskromnie o sobie

Jestem kobietą i jestem próżna jak cały mój babski ród. Paradoksalnie  zdałam sobie z tego sprawę dopiero w takim momencie życia, gdy zaczęłam myśleć o sobie naprawdę dobrze i poczułam swoją wartość. Nie zawsze tak było, o nie,  choć przesłanek ku temu miałam pod dostatkiem… Wiele dni i wiele lat upłynęło nim czas nauczył mnie pogody, życzliwości dla siebie samej, miłości do małej dziewczynki, którą w sobie noszę i o którą dziś dbam jak o własne dziecko.

Umiejętność  zaakceptowania własnych i cudzych słabości,  ułomności świadczy o dojrzałości w postrzeganiu siebie i otaczającego świata, a to przychodzi z doświadczeniem, nabraniem koniecznego dystansu, niestety co za tym idzie – również z wiekiem, który ponoć sprzymierzeńcem kobiet nie jest i nigdy nie był. Nie frustruje mnie jednak  upływający czas, bo prawdziwe piękno zawsze odbija się w ludzkich rysach, niezależnie od metryki.  Mam tego pełną świadomość, więc cóż mi tam czas… niech płynie, w końcu płynie dla każdego z nas w tym samym tempie, co być może jest jedyną sprawiedliwością tego pełnego niesprawiedliwości świata. 

Tak, jestem piękną kobietą i umiem to sobie dziś powiedzieć patrząc w lustro i w swoją duszę. Wrażenie wyjątkowości towarzyszyło mi od bardzo dawna, choć nie zawsze umiałam ją interpretować zgodnie z własnym dobrze pojętym interesem.  Wychowano mnie w hołdzie dla skromności i powściągliwości w wyrażaniu uczuć i zachwytu nad moją osobą,  stąd wieloletni dysonans pomiędzy tym kim byłam, jaki posiadałam potencjał, a sposobem w jaki samą siebie postrzegałam.  Komplementów, które dziś przyjmuję zupełnie naturalnie, z wdzięcznością i uśmiechem – kiedyś bałam się jak ognia, ze wstydem spuszczałam oczy i czułam się zakłopotana, niedowierzając w głębi ducha, ze mogą być szczere. Potrzebowałam wielu lat i wielu bolesnych doświadczeń, by odkryć w sobie niezwykły hart ducha, pewność siebie i poczucie własnej wartości, dzięki któremu nie tylko umiem w pełni zaakceptować siebie, ale również spojrzeć  łagodnym, pełnym zrozumienia okiem na ludzkie wady, błędy,  kompleksy i niedociągnięcia. Potrafię wiele wybaczyć, a z każdej życiowej lekcji wyciągam wnioski na przyszłość, dokładając kolejną cegiełkę do budowli, jaką jestem. Nie złoszczę się na zły los i ludzi za własne niepowodzenia. W końcu spotyka mnie tyle złego, na ile sama pozwolę, a jeśli pozwalam – to pewnie z własnej ułomności, naiwności lub braku doświadczenia. Cała mądrość polega w mojej ocenie na tym, by z porażek wyciągać wnioski, które stają się skuteczną bronią i zaporą przed kolejnymi  upadkami. Zresztą, bywają w życiu też i takie upadki, których nie oddałabym za żadne skarby tego świata, bo dzięki nim mogłam przeżyć coś zupełnie wyjątkowego, coś z czego nie zrezygnowałabym nawet wiedząc jak wiele przysporzą mi cierpienia.

Mój numerologiczny horoskop identyfikuje mnie jako mistrzowską jedenastkę obdarzoną potencjałem przenikliwości i szczególnej intuicji. Jestem wyjątkowa – dziś to wiem, a dowodów na to nie szukam w  spojrzeniach ludzi mijających mnie na ulicy, a we własnej duszy i we własnym sercu, które rozumie, wybacza i czuje więcej, niż serca i dusze większości znanych mi osób. Dzięki temu nie ma we mnie nienawiści, destrukcyjnej złości, zawiści, jestem ponad to wszystko.  Cóż… uprzedzałam, ze jestem próżna.

08:57, lady_lavender , szuflada
Link Komentarze (2) »
wtorek, 24 sierpnia 2010
Rozmyślania przed lustrem

Mój świat jest inny, niż Twój. To zupełnie zrozumiałe. Patrzymy na niego innymi oczami, dotykamy innymi dłońmi, czujemy innym sercem, myślimy o nim inną głową. Zjawiska są obrazem odbitym w ogromnych zwierciadłach pojedynczych bytów, wykrzywionych subiektywizmem. Nie dziw się więc proszę, że postrzegam ten sam świat w zupełnie inny sposób…

Próbowałam już raz pokazać co widzę, pisząc blog. Uciekłam w obawie przed wyciekaniem najskrytszych myśli z ekranu komputera, spłoszona lekkim zażenowaniem i obawą, że ktoś w końcu wyczyta je do cna, a mnie nie pozostanie nic. Zatęskniłam jednak. Zamoczę więc paluszki w tej samej rzece i spróbuję pokazać co widzę w moim zwierciadle. Może dla własnego komfortu rozmyję nieco obraz, malując go lawendową akwarelą.

Tytuł pożyczyłam od maleńkiej, stareńkiej książeczki. Uwielbiam ją. Dziękuję Pani Joanno.

stat4u