Widzę tylko tyle, ile widać w moim zwierciadle...
środa, 27 lipca 2011
Ode mnie do nigdy

Łapię się na myśli ciężkiej jak głaz. Po raz kolejny liczę w pamięci morderczy dystans ode mnie do nigdy.

Zamykam oczy, czuję za sobą przepaść. Jeszcze chwila i runę w nią jak długa. Przeciągam ten moment aż do zawrotu głowy. W ostatniej chwili ratuję się nagłym otwarciem powiek.

Zawieszam wzrok i obserwuję światłocienie pełzające pod oknem. W bezruchu śledzę efektowność narodzin i gwałtowność nagłych zgonów… Słońce na mojej podłodze tworzy nowe światy, a ja przewracam się na drugi bok snu. Znów obiecuję sobie, że od dziś nigdy więcej o tym nie pomyślę. I znów ciekawe, jak daleko jest ode mnie do nigdy…

09:44, lady_lavender , rozmyślania
Link Komentarze (21) »
wtorek, 26 lipca 2011
Korzyści ubóstwa, cena dobrobytu

W zeszłym tygodniu miałam  sporo chwil wyłącznie dla siebie. Córka wyruszyła w dalsze wakacyjne wojaże, mąż podążył zawodowym szlakiem ku stolicy, a ja zostałam sama. Nadmiar wolnego czasu zagospodarowałam w typowo babski sposób. Przypomniałam sobie o kosmetyczce, której nie widziałam od roku z dużym okładem,  odświeżyłam manicure, zrezygnowałam z gotowania kilkugarnkowych obiadów i dźwigania siat, dzięki czemu znalazłam nawet moment na obejrzenie w popołudniowej telewizyjnej ramówce odcinka z serii „Życie ssaków”. Filmy przyrodnicze to jedna z niewielu propozycji programowych współczesnej telewizji, która niezmiennie do mnie przemawia. Urzeka spokojem, koi nerwy i przenosi w świat, w którym wciąż wszystko jest tak, jak być powinno. Zapadłam się w fotelu, by przez kolejną godzinę wraz z Davidem Attenborough śledzić sukces ewolucyjny ssaków wszystkożernych.

Człowiek obok świni, szczura i kilku innych spryciarzy należy do tej właśnie grupy. Może to nie brzmi dumnie, lecz z punktu widzenia ewolucji umiejętność wykorzystywania wszelkiej nadarzającej się okazji w kwestii pozyskania i przyswojenia pokarmu jest najlepszą gwarancją ciągłości gatunku. W przyrodzie bowiem rzadko mamy do czynienia z łatwą sytością. Dostatek pokarmu jest zjawiskiem rzadkim, głównie sezonowym. Roślinożercy najadają się więc do syta wyłącznie w porze bujnej wegetacji, a drapieżcy skazani są na ciągłą walkę o uciekającą zdobycz. Ta wąska specjalizacja sprawia, że uzależnieni od siebie nawzajem i od ciągłych kaprysów aury często przymierają głodem. Wszystkożercy wznieśli się o poziom wyżej. Wykorzystują wszelkie dostępne zasoby, by zaspokoić swoje potrzeby. Dzięki temu rozmnażają się licznie i opanowują najdalsze zakątki globu. Pomimo to większość z nich i tak balansuje na granicy życia i śmierci, bo ich istnienie w pełni zależy od hojności natury.

Człowiek jak to człowiek - spośród wszystkich gatunków wycwanił się najbardziej. Najpierw podporządkował sobie ziemię i rośliny, a następnie wybrał sobie ofiary zdolne do chowu i reprodukcji pod jego dyktando. Z czasem wybrani przedstawiciele naszego gatunku udoskonalili metody produkcji żywności na niewyobrażalną skalę, czyniąc możliwym to, co w przyrodzie nigdy dotąd się nie zdarzyło. Społeczeństwa wysoko rozwinięte wyeliminowały głód, oddając pole wielkiemu marnotrawstwu. Doszliśmy więc tą drogą najdalej jak można było. Tylko, czy aby nie jest to ślepa uliczka? Natura zaprogramowała w nas przezorność, znajdującą odzwierciedlenie w gromadzeniu zapasów nawet w warunkach dostatku. Na zapas, jedz na zapas – mówi organizm, który przecież nie jest idiotą i spodziewa się, że po czasie wielkiego żerowania nadejdą chude dni. On jeszcze nie wie, że współczesna cywilizacja stoi w sprzeczności ze wszystkim, co zaprogramowały w nim miliony lat ewolucji.

Najstarsze przekazy doszukiwały się cnoty w ubóstwie, wskazując bogactwo jako źródło niebezpiecznych wynaturzeń. Czy to wygodna  propaganda dla niezamożnej ciemnoty, której zawsze było najwięcej i chęć ochrony interesów nielicznej uprzywilejowanej grupy sprawiła, że cnota ubóstwa uprawomocniła się w prawie wszystkich znanych mi systemach religijnych? W pewnym stopniu na pewno, lecz mam wrażenie, że chodzi jednak o coś więcej. Stare prawdy mają w sobie wielką mądrość, niezależnie od tego komu służą. Niedawno podczas lektury książki pod redakcją profesora Gawęckiego – niekwestionowanego guru w dziedzinie żywienia człowieka – znalazłam informację, że jeszcze na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, czyli w czasach ostrego kryzysu, Polacy odżywiali się znacznie zdrowiej, niż dziś. Skromna, mało przetworzona dieta uboga w mięso i tłuszcze zwierzęce, zasobna w kasze, produkty zbożowe i rośliny wychodziła nam na zdrowie o wiele bardziej, niż to co jadamy dziś. Okazuje się, że od odrobiny głodu jeszcze nikt nie umarł, zaś dobrobyt poraża nas chorobami układu krążenia, otyłością, alergiami, nietolerancjami pokarmowymi i cukrzycą. Płacimy wysoką cenę za nasz dobrobyt, chcąc go sobie zapewnić żyjemy w coraz większym stresie, w coraz bardziej nieprzyjaznym środowisku. Nasz sukces ewolucyjny za chwilę może okazać się wielką klęską. Powiecie, że zawsze mamy możliwość wyboru. Tylko co wtedy, gdy możliwość wyboru staje się niemożością odmówienia sobie czegokolwiek? Co wtedy?

12:33, lady_lavender , rozmyślania
Link Komentarze (13) »
piątek, 22 lipca 2011
Takie dni

Są takie brzegi, do których zawsze będzie za daleko.

Są takie dni, w których każda chwila ciąży wiecznością.

I są najwyraźniej takie chmury, z których nigdy nie przestaje padać ;-)

czwartek, 21 lipca 2011
Podać Policję na Policję?

Zastanawiam się czy nerwy jakie towarzyszyły mi w ostatnich dniach to jedynie efekt przewrażliwienia,  zatruwającego mi życie od chwili przyjścia na świat, czy brak prawdziwych problemów, które jak nic innego zmieniają perspektywę i powodują, że człowiek nie przejmuje się byle czym.

Nie da się ukryć – odpluć tfu, tfu przez lewe ramię i odpukać w niemalowane – w punktach kluczowych dla ludzkiej egzystencji doświadczam ostatnimi czasy łask spokoju, harmonii i ładu, jakich jeszcze nigdy nie dane mi było zaznać. Wszystko znalazło szczęśliwie swoje miejsce i poukładało się jak puzzle w cieszący oko obrazek. Trudne relacje z rodzicami odeszły w niepamięć, problemy z dorastającą córką praktycznie nie istnieją, odnalazłam szczęśliwie normalnego i wartościowego mężczyznę, pracę mam raczej spokojną, a ciężkie choroby omijają nasz dom… Marzyłam o tym, by do czterdziestki moje życie wtoczyło się na szerokie, pewne tory i wygląda na to, że marzenie się spełniło. Przyznaję, że napisaniu tych słów towarzyszy pewna obawa i świadomość  wielkiej przewrotności losu, który w jednej chwili może odwrócić koło fortuny. Żywię jednak cichą nadzieję, że cały ten życiowy porządek jest do pewnego stopnia moją zasługą, efektem ciężkiej pracy, jaką włożyłam w zrozumienie samej siebie i najbliższych mi ludzi, w wychowanie dziecka,  a także w wyciągnięcie wniosków i naprawienie błędów, jakie  popełniłam. Prawie nic nie dzieje się absolutnie przypadkowo, nader często własną postawą generujemy jakość spotykających nas wydarzeń.

W takich oto pięknych okolicznościach przyrody wyciągnęłam  kilka dni temu spomiędzy drzwi wejściowych i framugi wezwanie na Policję - adresowane zarówno do mnie, jak i do męża. Z paragrafem, datą i godziną przesłuchania, miejscem, pokojem i pieczątką komisariatu. Wszystko jak należy, za wyjątkiem tego, że pozostawienie go w drzwiach jest niezgodne z prawem o ochronie danych osobowych oraz o tajemnicy korespondencji. Wnerwiłam się. Po pierwsze dlatego, że wezwanie na Policję to nic przyjemnego, a po drugie dlatego, że każdy mógł je wyciągnąć i dokładnie sobie przestudiować, czego wcale sobie nie życzę. Jak na ironię – paragraf sprawy, w jakiej powołano nas na świadków dotyczy ochrony informacji właśnie. Mąż jest w delegacji i wróci dopiero po dacie widniejącej na wezwaniu. Wiadomo – za niestawienie się na przesłuchanie we wskazanym terminie grożą świadkowi wcale poważne sankcje, często dużo groźniej brzmiące, niż sam charakter sprawy. Jakoś w ogóle w tym kraju tak jest, że wiecznie nas straszą. Faktura jest jednocześnie wezwaniem do zapłaty, deklaracja podatkowa podstawą do wszczęcia postępowania karno – skarbowego, a odejście od kasy rezygnacją z możliwości uwzględnienia reklamacji…

Wracając do tematu – jesteśmy poważnymi ludźmi i nie mamy w zwyczaju uciekać przed obywatelskim obowiązkiem, więc postanowiliśmy przełożyć termin spotkania. Dzwoni więc mój mąż na podany numer, dzwoni, i dzwoni… Dzwonił tak przez dwa dni. Wreszcie się dodzwonił. Pan policjant powiedział, że nie ma najmniejszego problemu, zdradził nawet czego sprawa dotyczy. Okazuje się, że mamy listonosza, który lubi zaglądać do roznoszonej korespondencji. No, no, a to brzydal... Jeśli ten listonosz w poniedziałek znalazł się  pod moimi drzwiami – nie musiał nawet otwierać koperty, by przeczytać w jakim charakterze i kiedy mamy stawić się w komisariacie. Policja zostawiła je na widoku, bez żadnego zabezpieczenia. Ciekawe tylko, czy domyślił się że sprawa dotyczy właśnie jego. Zastanawiam się czy nie wnieść skargi na działanie Policji, by pokazać im, że występują przeciw temu samemu paragrafowi co ciekawski listonosz, którego ścigają. Ech, mniejsza z tym… a nie mówiłam, że z tą pocztą coś jest nie tak?

poniedziałek, 18 lipca 2011
Cannes, Saint Tropez i kanion rzeki Verdon

Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że Młoda większość czasu spędzi na samodzielnych wojażach do Monaco, chcieliśmy więc choć jeden dzień przeznaczyć na wspólną wyprawę. Długo myśleliśmy co wybrać, studiując przewodnik. Ostatecznie wybór padł na Cannes, Saint Tropez oraz kanion rzeki Verdon. Odległości pomiędzy kolejnymi punktami wyprawy były znaczne, więc na zwiedzaniu zeszło nam od samego rana, do samego wieczora.

Jakby tu powiedzieć, żeby nie zabrzmiało obrazoburczo? Rozczarowało mnie Cannes… Serio. Kilka lat temu widziałam je po raz pierwszy i byłam zachwycona.  A w tym roku... było brudno i śmierdząco, że się tak kolokwialnie wyrażę.  I chyba to najbardziej zaważyło na moim ostatecznym odbiorze, bo poza tym pogoda była cudowna, morze lazurowo niebieskie, jachty niezmiennie piękne, a czerwony dywan na swoim miejscu. Aha, na canneńskiej promenadzie przybył jeden bardzo ciekawy element. W nieregularnych odstępach, na skwerkach i zielonych poboczach ulic ktoś poustawiał gigantyczne cukierki owinięte flagami państw z całego świata. Wygląda to naprawdę smakowicie. Naszego cukierka niestety nie udało nam się odnaleźć.

Legenda Saint Tropez obiecywała znacznie więcej, niż pokazała rzeczywistość. W gruncie rzeczy sama nie wiem czego się spodziewałam, ale po kolei… Na pierwszy ogień poszło poszukiwanie posterunku, znanego z serii filmów o żandarmie z Saint Tropez. W samym centrum ciasnego miasteczka, tuż obok hałaśliwej budowy ukazał się opustoszały budynek ze słynnym napisem, do którego ciągnęły pielgrzymki turystów. Wszyscy chcieli mieć fotkę na tle najsłynniejszej żandarmerii w historii kina, więc bardzo długo trwało, nim przyszła nasza kolej. Nie wiem jakim cudem, ale w końcu udało się uwiecznić budynek bez człowieka pod napisem.

Saint Tropez to niezwykle snobistyczne miejsce. W maleńkich lokalach stłoczonych w ciasnych uliczkach znajdziecie sklepy najbardziej luksusowych marek tego świata. Wyglądało to trochę jak kwiatek przypięty do kożucha, ale być może to tylko moje wrażenie. Przecież  są na tym świecie ludzie, dla których zakupy w takich miejscach to codzienność. Kto powiedział, że podczas wakacji na jachcie nie można zapragnąć nowej sukienki, czy bucików… a wtedy Armani, Dior, czy Channel – jak znalazł. Szkoda, że z podobnego założenia co do zamożności klientów wyszły miejscowe lodziarnie i za jedną gałkę kazały sobie płacić trzy razy więcej, niż gdzie indziej. Nie żałowałam jednak zakupu, bo lody były tam naprawdę pyszne.

Druga część naszej jednodniowej wycieczki przyniosła porcję niekłamanego zachwytu. Chyba dla równowagi. Jeśli ktokolwiek zapyta mnie co warto zobaczyć w Prowansji – odpowiem bez wahania, że kanion Verdon i okalające go tereny parku narodowego, gdzie szmaragdowa rzeka wyrzeźbiła wśród jurajskich wapieni wąwóz głęboki na kilkaset metrów. Droga prowadzi aż na szczyty okalających gór, zaś nad przepaścią przerzucone są mosty, z których rozciągają się niesamowite widoki. Trasa powrotna ciągnęła się wśród górzystych plenerów, alpejskich łąk i soczystej zieleni lasów. Alpy nadmorskie bezbłędnie trafiły w najczulsze struny mojej przyrodniczej wrażliwości.

13:15, lady_lavender , podróże
Link Komentarze (15) »
 
1 , 2 , 3
stat4u