Widzę tylko tyle, ile widać w moim zwierciadle...
wtorek, 28 czerwca 2011
Mów, tato...

Jakiś czas temu napomknęłam, że chciałabym spisać wspomnienia mojego taty, który kilkadziesiąt lat swojego życia spędził na morzach i oceanach całego świata. W zakamarkach pamięci chowa wiele ciekawych historii, które bardzo chciałabym ocalić. Dziś wstęp, bez którego dalsze opowieści na pewno nie byłyby pełne. Mów, tato... ja zapiszę.

Od dziecka doskonale wiedziałem co chciałbym robić w życiu. Biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, które ostatecznie doprowadziły mnie do realizacji moich dziecięcych marzeń, sądzę że los w dniu urodzin przypisał do mnie mój zawód. Nie wierzę w żaden szczęśliwy przypadek. Tak po prostu miało być.

Mój ojciec był mechanikiem. Szlify zawodowe zdobywał w jednej z pierwszych fabryk samochodów osobowych na świecie – w zakładach Rover w Wielkiej Brytanii. Pracował tam jako jeniec wojenny podczas I Wojny Światowej. Pomimo trudnych początków i niezbyt zachęcających okoliczności odkrył w sobie talent i prawdziwą miłość do aut. Po powrocie do rodzinnej miejscowości był już  wysokiej klasy specjalistą w bardzo rzadkim jak na owe czasy fachu. Szybko znalazł dobrą posadę u najpotężniejszego fabrykanta w mieście, a jego zadanie polegało na utrzymywaniu w idealnym stanie technicznym dziewięciu wspaniałych pojazdów z prywatnej kolekcji państwa Erbe.  Były wśród nich piękne limuzyny, szybkie auta sportowe, terenówki - Ople, Mercedesy, Adlery…

Mieszkaliśmy w domu na terenie fabryki. Każdego dnia miałem możliwość podglądać ojca w pracy, a z czasem zaraziłem się jego pasją. Patrzyłem na błyszczące automobile i marzyłem, że któregoś dnia będę miał swój własny. Miłość do maszyn została mi na całe życie, każdy swój samochód traktowałem jak członka rodziny, z należną troską i szacunkiem. Nie było ich wiele, zaledwie kilka w całym moim życiu, każdy doczekał zasłużonej emerytury w bardzo dobrym stanie.

Będąc małym chłopcem umiałem już z pomocą ojca poprowadzić samochód, zaś początki szaleństwa na motocyklu odnotowałem ze swoim niemieckim kolegą Rudkiem w wieku zaledwie pięciu lat. Do dziś nie wiem jakim cudem udało się nam odpalić silnik. Pamiętam za to jaki pościg przypuszczono za dwójką urwisów mknących na stalowym rumaku. Cóż to była za afera… Mogę więc śmiało powiedzieć, że moja pasja trwa nieprzerwanie od siedemdziesięciu lat i nie będzie w tym ani słowa przesady.

Jestem mechanikiem.

poniedziałek, 27 czerwca 2011
Tu i teraz

Zbudził mnie poranny sen. Prawie nie poznałam się w tym śnie… przez chwilę byłam kimś innym. Szczęśliwsza? Bardziej spełniona? Nie wiem i z pewnością nigdy się nie dowiem. Odganiam od siebie myśli, które przychodzą bezwiednie. O tym co chciałam, a nie zrobiłam, o tym co mogło się wydarzyć, a zawisło w próżni, o decyzjach, których nie podjęłam, o okazjach, które przepadły, o czasie, który zmarnowałam… O lepszym życiu? Nie mam na to żadnej gwarancji, żadnego dowodu…

Żyję tu i teraz, mam tylko tę krótką chwilę w wieczności.  Nie dziel tego włosa na czworo wątpliwością alternatywnych bytów – fantomów, wyrastających z mojego życia – mówię do siebie z tego snu, wyraźnie dając jej do zrozumienia, żeby odeszła skąd przyszła, zabierając ze sobą swoje wizje.  Otrzepuję okruchy snu. Zabieram się do pracy.

środa, 22 czerwca 2011
Eze - sur - Mer

Droga z Nicei do Eze sur Mer wiła się serpentyną nad samym morzem. Plan był taki, by dojechać do portu jachtowego, a stamtąd ruszyć pieszo pod górę szlakiem Nietzschego aż do zawieszonej na skale średniowiecznej warownej wioski. Za namową Jadźki jechaliśmy jednak coraz bardziej pod górę, więc zaniepokojeni zatrzymaliśmy się na najbliższym poboczu, by sprawdzić czy po raz kolejny nie próbuje wywieść nas w pole.

Oczywiście! Droga wiodła wprost na wzgórze, w czym utwierdził nas ostatecznie pewien Włoch bezskutecznie walczący z wymianą koła. Bliski płaczu poprosił o ratunek – siłował się z tematem od dwóch godzin, a nikt z przejeżdżających nie był skory do pomocy. Mąż zabrał się do dzieła i za dziesięć minut było po sprawie. - Uratowaliście mi życie! – wołał wzruszony. Poradził nam, byśmy jechali nadal  drogą pod górę, bo na dole nie ma nic ciekawego do oglądania. Odpowiedziałam, że dla nas każdy widok w tym zakątku świata jest godny uwagi, ale ostatecznie posłuchaliśmy naszego Włocha i ruszyliśmy dalej. Okazało się, że całkiem słusznie – ścieżka, którą często chadzał zachwycony okolicą niemiecki filozof wymagała dobrego obuwia i przynajmniej godziny wytężonego marszu pod górę, na co nie byliśmy tego dnia przygotowani. Obiecałam sobie jednak, że powrócimy tam kiedyś i podążymy śladem Fryderyka Nietzschego ścieżką z portu aż po barwne ogrody w ruinach zamku.

Wioska ma typowo turystyczny charakter, żyje dzięki licznym wycieczkom zwiedzających z całego świata. Nam akurat dane było podążać do warowni z grupą Japończyków odzianych w długie spodnie, długie rękawy, czapki z daszkami, chustki i inne wymyślne części garderoby skutecznie chroniące ich przed słońcem. Opalony Japończyk to bowiem brzydki Japończyk, im bledsza cera – tym lepiej.

Mury kryły kolejną perełkę ze stromymi uliczkami, urokliwymi zakątkami, tajemniczymi przejściami i mikroogródkami. Zapierająca dech w piersi panorama  przy dobrej widoczności rozpościera się  ze wzniesienia od Saint Tropez po Korsykę. Wspaniała… Eze sur Mer to zdecydowanie punkt obowiązkowy podczas zwiedzania Lazurowego Wybrzeża.

08:15, lady_lavender , podróże
Link Komentarze (17) »
wtorek, 21 czerwca 2011
Zakalec

-  Chcesz, to się poczęstuj, ale uprzedzam – to jest najgorsze ciasto jakie w życiu upiekłam… Gniot, jakich mało. Ciężki, twardy, w dodatku  z zakalcem.

Tak oto przed chwilą koleżanka z pracy zachęcała mnie do degustacji swojego wypieku. Doceniłam jej szczerość i z poczęstunku nie skorzystałam. Przypomniałam sobie za to zabawną historię znajomej mojej mamy, którą w kuchni prześladowało przedziwne fatum. Ilekroć zabierała się za produkcję ciasta – wynik był opłakany. Wszystko jedno – drożdżowe, czy proszkowe – przysmaki za każdym razem wychodziły z pieca z okazałym zakalcem. Dziewczyna dwoiła się i troiła odmierzając składniki z aptekarską dokładnością, dbała o temperaturę w kuchni, pieczołowicie przestrzegała zaleceń zawartych w przepisach, pilnowała temperatury i czasu pieczenia… Wszystko na nic, skutek zawsze był ten sam. Całe szczęście mąż był bardzo wyrozumiały i nieudane ciasta zjadał z zadziwiającym apetytem. Myślała, że z grzeczności. Gdy prawie już uwierzyła w lewość obu rąk, ciasto nagle niespodzianie się udało. Tego dnia męża akurat nie było w domu. Gdy wrócił – do udanego wypieku nie podszedł wcale ze spodziewanym entuzjazmem. Kolejne próby znów były nieudane, lecz w końcu zdarzyło się coś, co na całą sprawę rzuciło całkiem nowe światło.

Która z nas siedzi bez przerwy 45 minut przy piekarniku i pilnuje ciasta w czasie pieczenia? Nie znam takiej. Chodzę do kuchni od czasu do czasu i sprawdzam czy rośnie… tak tez robiła znajoma mamy. Jakież było jej zdziwienie, gdy za którymś razem zastała swojego męża przy otwartym na oścież piekarniku… Tym razem wpadł. Przyciśnięty do muru wyznał, że uwielbia ciasto z zakalcem…

poniedziałek, 20 czerwca 2011
Lunatycy na przejściach

 Czyli rzecz o tym jak nieostrożność lali z komórką na przejściu dla pieszych zdeterminowała moje niedzielne popołudnie. Mało brakowało, a z jej marnego powodu pożarłabym się z mężem, na szczęście doszło jedynie do gorącej dyskusji. Wynikła z tego również wątpliwa korzyść, w postaci zdobycia wiedzy, która raczej do niczego mi się nie przyda. Co najwyżej do tego, by posiedzieć w pierdlu za  spowodowanie śmierci, bądź ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, działając jak najbardziej w zgodzie z przepisami. Korzyść więc wydaje się być wątpliwa. Ale do rzeczy.

W zeszłym tygodniu – jak to ja – przeholowałam z optymizmem dotyczącym stanu kontuzjowanej nogi i wybrałam się do pracy, wsiadłam również za kierownicę. Zrobiłam sobie nawet krótką rundę po ryneczku. Niestety, w piątkowy wieczór kostka upomniała się o swoje i żałośnie spuchła, uświadamiając mi opłakane skutki mojego optymizmu. Poszłam więc po rozum do głowy i oddałam się w troskliwe ręce małżonka, który powrócił ze służbowych wojaży. Podwozi mnie wszędzie, dźwiga, załatwia…

Wczoraj po południu wybraliśmy się wspólnie, by zatankować moje auto. Stacja, na której kupujemy paliwo jest dość daleko od domu, ale warto tam pojechać, bo ceny są dużo niższe, a paliwo dobrej jakości. Można nawet uzyskać dodatkowy rabat robiąc zakupy w pobliskim markecie. Miałam akurat do wykorzystania paragon z upustem. Samochodzik mój jeździ na benzynę i na gaz, więc ustawiliśmy się najpierw do dystrybutora z etyliną, a następnie do innego po LPG. Pech chciał, że pani z kasowego okienka nie zauważyła nas, czekających na kolejne tankowanie i pomyślała, że zwialiśmy nie płacąc za paliwo. Cóż… Zrobiono z nas złodziei, zgłaszając kradzież. Pomyślałam że to całkiem typowe dla uczciwych do bólu frajerów – zostaliśmy złodziejami nie dokonując kradzieży, wystarczyło zmienić dystrybutor. A cwaniacy wyprowadzają miliony z cudzej kasy i nic…  

Lekko podminowani tą sytuacją  wracaliśmy do domu. Mój mąż to człowiek z gruntu rzeczy bardzo spokojny i życzliwy, ale są rzeczy, które wkurzają go bez przydługich wstępów. Jedną z tych rzeczy jest bezmyślność pieszych, poruszających się po jezdniach z beztroską świętej krowy. Nie dziwi mnie to wcale. Sama jestem kierowcą i doskonale wiem, że pieszy jest gościem na drodze. Wiem również jaki brak wyobraźni cechuje niektórych ludzi, włażących na ulicę wprost pod samochód. Zupełnie jakby nie wiedzieli, że istnieje coś takiego jak droga hamowania. Przejście dla pieszych jest dla nich gwarancją nietykalności, choćby maska samochodu była na wyciagnięcie dłoni. Kodeks drogowy wyraźnie mówi o tym, że cyt. „Pieszy, przechodząc przez jezdnię lub torowisko, jest obowiązany zachować szczególną ostrożność…” Szczególna ostrożność w wydaniu niektórych to spacer przez jezdnię z komórką przy uchu i głową odwróconą w stronę wszystkiego za wyjątkiem kierunku, z którego może nadjechać samochód. Biorę zwykle poprawkę na takich lunatyków i zatrzymuję się grzecznie przepuszczając bezmyślne towarzystwo, klnąc przy okazji pod nosem. Jednak wczoraj za kierownicą siedział mój mąż – lunatycy nie mogli liczyć na taryfę ulgową.

Szczęście moje jest dyplomowanym mierniczym, ma więc doskonałe wyczucie, czy zdąży przejechać nim pieszy osiągnie ten sam punkt na jezdni i jeśli wie, że zdąży przed nim – jedzie dalej. Dotyczy to jedynie bezmózgich osobników, włażących na jezdnię jak popadnie – na nich ma alergię. Dzieci, staruszków oraz pozostałych obserwujących uważnie sytuację na drodze, a pozbawionych możliwości przejścia na skutek wzmożonego ruchu – przepuszcza, zatrzymując się przed przejściem.

Gdy wczoraj na jezdnię wlazła  lalunia z komórką i  łysym karkiem u boku, według opisanego wcześniej schematu – wiedziałam, że będzie kłopot. Przed przejściem dla pieszych, na środku jezdni, na maleńkiej wysepce ustawiony był znak, pasy jednak ciągnęły się przez jezdnię nieprzerwanie. Lala z amantem byli na przeciwległym pasie ruchu, gdy wjeżdżaliśmy na przejście.

- Co robisz, nie widzisz że ludzie są na przejściu! Powinieneś się zatrzymać. – prawie krzyknęłam.

- Ty  **uju! – dobiegł nas wrzask łysego karka.

- Nie masz racji, kochanie. Nie miałem obowiązku stanąć, bo piesi mieli miejsce pomiędzy pasami ruchu, by się zatrzymać.

- Na pewno nie. Zebra była wymalowana jednym ciągiem, w środku nie było wysepki, ani chodnika, na których mogliby przystanąć.

I tak dalej w tym tonie, aż do domu, gdzie mąż oświecił mnie artykułem trzynastym, punktem ósmym kodeksu drogowego:

„Jeżeli przejście dla pieszych wyznaczone jest na drodze dwujezdniowej, przejście na każdej jezdni uważa się za przejście odrębne. Przepis ten stosuje się odpowiednio do przejścia dla pieszych w miejscu, w którym ruch pojazdów jest rozdzielony wysepką lub za pomocą innych urządzeń na jezdni.”

Cała rzecz w tych innych urządzeniach w postaci znaku, o którym wspomniałam. Łysy z lalą mieli obowiązek się zatrzymać. Musiałam przyznać rację, zwrócić honor i podsumować po swojemu.

- Ciekawa jestem kto poszedłby siedzieć, gdyby lali jednak coś się stało…

 
1 , 2 , 3
stat4u