Widzę tylko tyle, ile widać w moim zwierciadle...
piątek, 20 maja 2011
Dobre chęci

Dziś będzie o tym jak dostałam opierdol za dobre chęci. Ponoć wybrukowano nimi piekło, ale mam wrażenie że powiedzenie to traktuje bardziej o pięknych zamiarach, które nie zaowocowały niczym konkretnym, niż o tym co przydarzyło mi się wczoraj.

Uwielbiam maj za szparagi… mogłabym pochłaniać je bez końca a i tak pewnie czułabym niedosyt. Najlepsze, najsłodsze, grube na dwa palce – takie kupuję na ryneczku. Rzecz jasna nie tylko ja, w godzinach popołudniowych miejsce to oblegane jest przez tłum ludzi. Pobliski parking pęka w szwach, samochody stoją ciasno upakowane – jeden przy drugim.

Wczoraj upolowałam na starganie dwa naprawdę piękne pęczki świeżutkich szparagów, do tego koleżanka z pracy przyniosła mi jajka od kurki skubiącej trawkę na działce… mmmm… oczami wyobraźni widziałam już pomarańczowe oczko w warzywnym wianuszku. W  świetnym nastroju podążałam do samochodu za kobietą z małym chłopcem. Okazało się, że pani zaparkowała tuż obok mnie. Obserwując niezwykle ruchliwego malca wkładałam zakupy do bagażnika. Przeciskał się między samochodami, biegał w tę i z powrotem.

- Poczekam aż wpuści pani małego do samochodu, nim ruszę – powiedziałam z uśmiechem do kobiety.

- Przecież przed chwilą jeszcze się pani pakowała!!! – kobieta przypuściła niespodziewany atak. Rzekłabym – atak z zaskoczenia. Szczerze mówiąc lekko zbaraniałam, bo nie bardzo widziałam związek pomiędzy moją troską o jej dziecko, a zakupami leżącymi w bagażniku.

- Chodziło mi jedynie o to, by nie zrobić chłopcu krzywdy. Widzę jak jest ruchliwy, wolałabym by nie wbiegł mi pod koła…

- Niech się pani nie martwi, już ja umiem zadbać o własne dziecko!!! – wykrzyczała mi w nos i trzasnęła drzwiami.

Nie mam pojęcia dlaczego, ale strasznie ruszają mnie takie historie. Długo wczoraj myślałam o tym co takiego dzieje się z ludźmi, że uprzejmość potrafią odebrać jedynie jako przejaw wtrącania się w ich sprawy, a za troskę odpłacają agresją i chamstwem. Nie wiem, może miała ciężki dzień, może sama nigdy nie bywa uprzejma, a może to jednak ze mną jest coś nie tak…

wtorek, 17 maja 2011
Nocne niebo

Przez szybę autobusu patrzyłam na rozgwieżdżone niebo - otaczało nocny świat niczym czarny, dziurawy parasol. Otworki gwiazd sączyły światło z innego świata. Ciekawe, czy kosmici obserwują nas przez te dziurki – pomyślałam przerywając sobie niepewność myślenia o moim nowym życiu. Sama czułam się w nim jak kosmita, zrzucony na obcą planetę…

Jechałyśmy  PKSem w góry. Córka i ja. To były pierwsze wakacje w takim składzie. Nocna wyprawa miała uchronić nas przed upałem, lecz i tak okazała się chybionym pomysłem. Umęczyłyśmy się potwornie nie mogąc zasnąć, fotele pamiętały czasy PRLu, współpasażerowie nie wzbudzali zaufania, a poszukiwania czynnej toalety na dworcach kończyły się fiaskiem. Nie zmrużyłam oka, czasu na myślenie miałam co niemiara, powodów do snucia rozważań - jeszcze więcej.

Pamiętam niepokój towarzyszący tej podróży, pamiętam irracjonalny strach przed wiadomością w telefonie... Dziś wiem, że powinnam je kasować bez otwierania. Wtedy wciąż sądziłam, że wspólne dziecko zobowiązuje do lojalności, choćby miała ona przejawiać się w czytaniu tego, co chory umysł wystukał na komórce wyłącznie po to, by zatruć mi życie. Bardzo brakowało mi dystansu.

Miałam masę obaw o kształt mojego nowego życia, o to czy sama dam radę. Pamiętam siebie siedzącą na kartonie z ołówkiem w dłoni. Mieszkanie – tyle, media – tyle, wydatki szkolne – tyle,  coś tam – tyle, na życie zostaje tyle, podzielić przez trzydzieści… nie wyszło za wiele. Wiedziałam jednak, że teraz wszystko zależy tylko ode mnie, że groźba wywalenia pięciu stów za powrót pijanego męża taksówką z innego miasta należy do przeszłości. Po siedmiu latach od tamtych wydarzeń widzę jak nieuzasadnione były moje obawy, jak wiele zdołałam zrobić dla siebie dobrego, po lękach nie ma śladu. Odejść zawsze jest trudno. Kilkanaście lat wspólnego życia tworzy więzi, których nie da się zerwać z dnia na dzień. Wspólne dziecko, wspólne wspomnienia, wspólne mieszkanie, wspólna rodzina… człowiek przywiązuje się jak pies. I to wrażenie, że świat się kończy, że legł w gruzach. Bardzo chciałam odejść, miałam naprawdę wiele powodów, a jednak łzy płynęły nieprzerwanie. Dziś wiem, że żałoba po związku, nawet nieudanym, jest normalna, że stres towarzyszący rozwodom dorównuje stresowi związanemu ze śmiercią najbliższych.

Lęki, obawy, przywiązanie – to nie są dobre powody, by trwać w nieszczęściu. Pokonać je naprawdę nie jest łatwo, lecz na pewno warto. W tym roku również pojedziemy na wakacje, po siedmiu latach znów w innym składzie, znów we trójkę - córka, mój ukochany mężczyzna i ja. Gdybym wtedy stchórzyła – dziś nie byłoby to możliwe. Przez szybę samochodu spojrzę na nocne niebo i pomyślę, że tym razem jestem na swojej planecie - najszczęśliwszej pod gwiazdami.

 

08:59, lady_lavender , rozmyślania
Link Komentarze (21) »
czwartek, 12 maja 2011
W zamyśleniu

W zamyśleniu, w zapatrzeniu świat wygląda inaczej. W ciszy, w samotności każda myśl pęcznieje niczym brzuch ciężarnej, dojrzewa jak złota dynia w sierpniowym słońcu. Przybiera  wyraźny kształt, rozmywający się  w codziennej gonitwie.

Brzemienne myśli wydają na świat rozważny plon, są sprawy o których nie sposób myśleć wśród zgiełku codzienności, wśród natłoku natrętnych bodźców. Mam takie miejsce, do którego wracam zawsze gdy muszę pomyśleć o czymś naprawdę ważnym. W trudnych chwilach pcha mnie ku niemu  siła, której nie umiem okiełznać. Włącza się wewnętrzny kompas i lecę jak gęś kierowana instynktem w ten sam punkt na mapie.

Moja samotnia jest daleko od domu, muszę pokonać wiele kilometrów, by do niej dotrzeć. Przed podróżą  pakuję do kieszeni nerwowe, pozbierane naprędce myśli.  Na miejscu wyrzucam na kamienny brzeg falochronu wszystko, co  leży mi na sercu. Pozwalam myślom lecieć swobodnie z krzykiem mew, aż za horyzont. Czekam cierpliwie aż wrócą, a wtedy zbieram je do maleńkiego zawiniątka i wkładam  do drugiej kieszeni.

Wracam do domu i ważę w dłoniach rozpakowane słowa.

11:03, lady_lavender , rozmyślania
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 09 maja 2011
Lęki

Zamykam oczy i próbuję wmówić sobie, że nikt mnie nie widzi. Nic z tego, ta sztuczka od dawna już nie działa lub raczej ja od dawna wiem, że nie działa. Odkąd pamiętam pozostawiam sobie dokładnie tyle swobody, ile sądzę, że potrzeba, by  nie cierpieć… ani trochę więcej.

W piwnicy leży mój zeszyt z dzieciństwa - maleńkie, niepewne literki uciekają mocno w lewo zalęknionym ściegiem, zupełnie jak ja kiedyś na wewnętrzną stronę chodnika – byle dalej od ulicy. Nikt mi nie mówił, że tak trzeba. Przyszłam na świat z potencjałem lęków, które staram się okiełznać. Dziś piszę dużą czcionką i choć znaki chylą się już w prawą stronę, wciąż mam bolesną świadomość, że to w dużej mierze efekt czysto wyuczony.

Zręcznie zakładam kolejną maskę na kolejną okazję i wiem, że zalęknione dziecko jest bezpieczne. Nie bój się,  przecież wszystkim się zajmę. Siedź cicho, a nikt cię nie zobaczy. I pamiętaj, by nie patrzeć im w oczy…

10:54, lady_lavender , rozmyślania
Link Komentarze (14) »
środa, 04 maja 2011
Jak dokopać kochance męża?

Jak dokopać kochance męża? Czekam na wypróbowane sposoby.

Jedynym sposobem, jaki mogę podsunąć jest zacząć myśleć. Jeśli dokopiesz skutecznie jednej – pewnie pojawi się następna i będziesz musiała myśleć jak dokopać kolejnej. Zadziwiające, jak często kobiety widzą przyczynę problemu w zupełnie niewłaściwym miejscu. To mąż przysięgał Ci wierność, nie zaś kochanka brak zainteresowania tym ostatnim. Wbrew pozorom i na przekór temu co myślisz to właśnie jej obecności możesz zawdzięczać fakt, że on wciąż przy Tobie trwa, że do Ciebie wraca.

Temat jakoś nigdy nie dotknął mnie bezpośrednio. W romanse z żonatymi nigdy, przenigdy się nie wdawałam -  nawet jeśli serce bardzo chciało inaczej, a podczas bycia żoną – nie zdradzałam i nie odkryłam zdrady. Osobiście hołduję zasadzie, że jeśli związek się wypalił – najpierw rozstanie, a dopiero później nowy facet. Taka już jestem, wiem o sobie dostatecznie dużo, by wyobrazić sobie męki jakie przeżywałabym żyjąc według innego scenariusza. Dziękuję, postoję. To nie dla mnie. Żaden facet nie jest tego wart, a już na pewno nie taki, który skacze na boki.

O zdradzie powiedziano chyba wszystko, co można było powiedzieć.  Targają mną wątpliwości, czy aby mam prawo wypowiadać się i ja, skoro nie byłam po żadnej ze stron tego dramatu… spróbuję więc jedynie pociągnąć myśl, która zakiełkowała w mej głowie po obejrzeniu pewnego filmu. Muszę wrócić do ostatniego zdania pierwszego akapitu i odpowiedzieć niezbyt rozgarniętej internautce.

Wbrew pozorom i na przekór temu co myślisz to właśnie jej obecności możesz zawdzięczać fakt, że on wciąż przy Tobie trwa, że do Ciebie wraca. Niewiarygodne?

Pierwszy argument jest jasny i nie wymaga obszernego komentarza. Facet znajduje u innej to, czego nie może znaleźć u Ciebie – i tu albo rozminęliście się w potrzebach od początku, albo miałaś pecha trafiając na faceta, którego prędzej czy później znudzi każda kobieta. Tylko dlatego, że gdzie indziej znajduje – wraca jednak do Ciebie, tak mu wygodniej. Po co burzyć całe życie, skoro ma się wszystko. Co z tego, że w dwóch ratach?

Drugi jest już bardziej subtelny i mam poważne wątpliwości, czy w ogóle zrozumiesz skoro zadajesz takie pytania, jak to na wstępie. Wyobraź sobie dwoje ludzi żyjących ze sobą, lecz obok siebie. Oni już nawet na siebie nie patrzą. Czy Twój mąż wciąż na Ciebie patrzy? Dostrzegasz w tym wzroku cokolwiek godnego uwagi? On doskonale zdaje sobie z tego sprawę, wyobraź sobie, że nawet cierpi. Pamięta jak bardzo Cię kochał, tęskni, wciąż szuka śladów. Za każdym razem trafia jednak na szklaną ścianę, przez którą nie umie przejść. Zniechęcony zaczyna szukać gdzie indziej i znajduje w oczach i ramionach innej. Potworne wyrzuty sumienia idealizują teraz Twój obraz, przypominają, że byłaś miłością jego życia, podpowiadają jak wiele może stracić, jeśli się dowiesz. Wraca więc do Ciebie z przekonaniem, że uniknął katastrofy. Po pewnym czasie efekt wstrząsu mija, przecież między Wami nic tak naprawdę się nie zmieniło. Rusza więc do niej po kolejną dawkę wyrzutów sumienia, dzięki którym zyskasz jego kolejny powrót do domu. Czy sądzisz, że gdyby jej nie było wciąż trwałby przy Tobie? Czy wciąż sądzisz, że wszystkiemu winna ona – kochanka? A może nawet nie wiesz ile jej zawdzięczasz. Skoro chcesz tylko tego, by był... No i jak? Wciąż chcesz dokopać kochance?

12:39, lady_lavender , rozmyślania
Link Komentarze (41) »
 
1 , 2
stat4u