Widzę tylko tyle, ile widać w moim zwierciadle...
poniedziałek, 26 marca 2012
Wiosna

Widzę słoneczną radość na horyzoncie, daleko ode mnie… widzę nadchodzącą wiosnę daleko od mojego domu. Za morzem smutku, za rzeką łez, za falochronem bezsilności. Za tym, czego nigdy już być nie miało. Paraliżuje mnie strach przed zimnem, które zamieszkało we mnie wczorajszego dnia. Myślę i myślę i wciąż nie wiem - w jaki sposób zimno ma wyzwolić płomień?

Jedno zdanie, przestajesz oddychać i świat nagle rozmazuje się przed oczami. Łapię powietrze małymi łyczkami, instynktownie opanowując ból. Trzeba oddychać...

Wybaczcie, zdrętwiały mi paluszki. Dobrej wiosny Wam życzę...

piątek, 23 marca 2012
Danse macabre po polsku

No i stało się… przyznam, że moje zniesmaczenie tematem katastrofy wiadomo jakiej dawno już osiągnęło swój szczyt, jednak gdy kilka dni temu przeczytałam, że ekshumowano ciało Przemysława Gosiewskiego – przeszły mnie ciarki. Rodzina trwała na stanowisku, że w mogile leży obcy człowiek. Przypuszczenia swoje oparła o oczywisty skądinąd fakt, że w Rosji niczego nie umieją zrobić dobrze, że jak już za coś się zabiorą, to na pewno spieprzą, zafałszują – na złość, z zazdrości, z nienawiści do nas – Polaków. Wielkie znaczenie również dla najbliższych miał fakt, że garnitur który wysłano do Rosji w celu przygotowania ciała do pochówku nie pasował na to ciało. Ekspertyza biegłych nie miała znaczenia...

Dlaczego nie dziwi mnie fakt, że  sekcja przeprowadzona przez polskich specjalistów dowiodła, że w mogile leży jednak właściwe ciało… Dziś niejaki mecenas (jak mnie wnerwia ten durny zwyczaj nazywania adwokatów mecenasami) Rafał Rogalski nie miał już wyjścia i przyznał, że ciało rzeczywiście jest właściwe, ale… że zachowałoby się  w dużo lepszym stanie, gdyby Rosjanie nie zamknęli go w foliowym worku…

Tak… rozumiem, że powinni byli owinąć całunem.

Jak długo jeszcze potrwa ten żałosny cmentarny taniec obliczony na punkty w sondażach?

poniedziałek, 19 marca 2012
Odlotowy weekend

Dziś proszę Was o radę. Nie wiem bowiem co mam zrobić, jak zareagować, by emocje nie poniosły mnie w przyszłość której nie chcę.

Jak Wam wiadomo – przeprowadziliśmy się niedawno do nowego mieszkania. Cały dom jest nowy, my wprowadziliśmy się jako jedni z pierwszych. Przyznam, że do pewnego stopnia bardzo mi to odpowiadało, bo mieliśmy w tym naszym nowym domu święty spokój, nie licząc hałasów dobiegających z remontowanych mieszkań. Hałasy cichły jednak o dość przyzwoitej porze, w weekendy zaś robotnicy mieli wolne, więc mogliśmy cieszyć się błogim spokojem. Sytuacja zmieniła się diametralnie kilka dni temu. Zanim mąż nie wytrzymał i wybrał się do mieszkania nad nami minęły dobre dwie godziny nieprzerwanych hałasów, a trzeba Wam wiedzieć że była dwudziesta pierwsza. W końcu stwierdził, że na stukanie młotkiem jest stanowczo za późno i poszedł poprosić sąsiadów, by remont wznowili rano. Dwadzieścia minut później dowiedziałam się, że:

  1. Pani będzie biegała w szpilkach po domu kiedy tylko będzie miała na to ochotę,
  2. Jeśli chcieliśmy komfortu to trzeba było sobie kupić domek jednorodzinny,
  3. Mamy nie przychodzić za każdym razem, gdy dziecko będzie biegało po domu,
  4. Ona też słyszy jak my rozmawiamy ze sobą w kuchni.

Tak więc to nie młotek, nie inne urządzenie tylko szpilki na nogach naszej sąsiadki narobiły tyle hałasu. Do łba by mi nie przyszło… hałas był taki, jakby stado słoni ubrało obuwie na wysokim obcasie i z wielką pasją tańczyło quickstepa. Wprowadzili się w  ten weekend. Dziecko najprawdopodobniej nie potrafi chodzić -  wciąż biega, jeździ również jakimś ciężkim pojazdem z plastikowymi kołami po mieszkaniu w tę i z powrotem wywołując niemiłosierny rumor. Jeszcze go nie widziałam, a wiem już jak ma na imię, ci ludzie nie rozmawiają, a krzyczą do siebie.  Nie mam po co iść z prośbą o zabranie gówniarza na dwór, by się wybiegał i wyszalał na rowerku, już wiem że trzeba było kupić sobie domek jednorodzinny… Znajomość nie zaczęła się najlepiej, na takie dictum zjeżyłam się okrutnie i stwierdziłam, że skoro tak – to i ja nie będę szanowała zasad współżycia i zafunduję im wzmożoną edukację muzyczną. W ruch poszła dyskografia Nirvany, póki co Kurt daje radę i drze się głośniej niż pani i junior razem wzięci. Nie umiem pomyśleć życzliwie o tych ludziach, nie po tym z jaką reakcją spotkał się mój mąż na prośbę o poszanowanie elementarnych zasad współżycia… Powiedzcie tylko ile tak można? Jak długo będę włączała muzykę by zagłuszyć sąsiadów? Przecież od czasu do czasu i ja potrzebuję ciszy. Jak będą wyglądały nasze relacje, czy będziemy odwracać głowy mijając się na korytarzu? Co mam zrobić, by jakoś z tego wybrnąć, czy w ogóle się da? A może to ja mam jakieś nierealne wymagania i rzeczywiście powinnam sobie zafundować domek jednorodzinny?

piątek, 16 marca 2012
Słoneczne preludium

Po omacku, leniwie, niechętnie, ostatnim odruchem samozachowawczej desperacji wystawiam głowę  w kierunku pierwszych promieni słońca. Nareszcie… Już prawie wpadłam po pas w tę ciemną norę, już prawie przestałam czekać. Kto kiedykolwiek zaobserwował u siebie objawy pod wspólnym tytułem „na nic nie mam siły” ten wie jak trudno opuścić ten grajdół. Pomaleńku, ostrożnie, po kropelce, po łyżeczce – spijam z szyby złociste panaceum.

stat4u