Widzę tylko tyle, ile widać w moim zwierciadle...
środa, 28 grudnia 2011
Między światłem a cieniem

Między światłem a cieniem, między ciszą i gwarem, między jawą i snem – jest niewielka  przestrzeń dla ukrytych myśli, dla wspomnień, dla zgłuszonych westchnień… Przywołane impulsem, zdławione rozsądkiem - myśli, które już nigdy nie staną się słowem, uwięzione głęboko w czeluściach pamięci. Trzymane z dala - bo bolą, bo ranią, bo nie daj Bóg zaprószą ogień, zdławią pożogą misternie poskładaną rzeczywistość.

Jak bardzo mi żal, że wybaczyć nie znaczy zapomnieć. Usunąć raz na zawsze dręczące obrazy, bez możliwości powrotu, odciąć im drogę… Nie liczyłam, nie łudziłam się, nie sądziłam wcale, że to możliwe. Nic jednak nie poradzę, że bardzo bym chciała. Zgięta w pół pod ciężarem, zdjętym z cudzych barków połykam znów te same łzy. Ściekają goryczą po wewnętrznej stronie zdrętwiałego gardła. Nie pytaj mnie mamo dlaczego milczę.

08:39, lady_lavender , rozmyślania
Link Komentarze (20) »
piątek, 23 grudnia 2011
Gwiezdny pył

Wpadamy tylko na chwilę, na mały moment wyjęty z wieczności. W tej lichej drobinie iskrzą jeszcze mniejsze okruchy – szczęśliwe godziny – niczym gwiezdny pył. Co roku mniej więcej o tej porze zaklinamy rzeczywistość, próbując przyciągnąć je na własną orbitę. Marzy nam się odrobina lśnienia, choćbyśmy mieli błyszczeć jedynie jej odbitym światłem.

Jemiołą, kolędą, życzeniem, opłatkiem, szampanem – zaklinamy… Nasza rzeczywistość pełna jest amuletów. Życzę skuteczności w zaklinaniu, życzę Wam tej iskry, co dodaje życiu blasku, życzę Wam najlepszego…

czwartek, 01 grudnia 2011
Dwie przeprowadzki, trzy światy, jeden problem

Nie tak dawno wspominałam o problemach ze sprzedażą mieszkania, o tym, że czuję się bezradna i że tkwię w marazmie. No to już nie tkwię –  zgodnie z zasadą, że jak nic to nic, a jak już coś, to wszystko na raz…  Dyktatura nabywcy panująca niepodzielnie na dzisiejszym rynku nieruchomości bezlitośnie wyeksmitowała mnie z mieszkania w trybie natychmiastowym. Miłościwie Kupujący oświadczył bowiem, iż na załatwienie formalności daje nam dwa dni, a na wyprowadzkę dwa tygodnie. Cóż było robić? W obliczu takich, a nie innych okoliczności przyrody spięliśmy grzecznie cztery litery i w morderczym tempie dokonaliśmy niemożliwego. Spółdzielczo – notarialno – meldunkowe  formalności załatwiły się w półtorej doby, przyprawiając nas o stan przedzawałowy, zaś spakowanie całego życia do kartonów dokonało się popołudniami w ciągu tygodnia. Wszystko biegło w takim tempie, że miałam wrażenie, iż dzieje się gdzieś poza mną… Prace wykończeniowe w nowym mieszkaniu dopiero ruszyły, stanęłam więc w obliczu fundamentalnego problemu – co zrobić z  niezliczoną ilością kartonów i przede wszystkim z samą sobą, a nade wszystko z moją rodziną i kotem.

Takim oto sposobem splot zdarzeń wszelakich sprawił, że po dwudziestu latach musiałam sobie przypomnieć jak to jest mieszkać z rodzicami. Wizja dwóch przeprowadzek w ciągu miesiąca nie jest niczym przyjemnym, lecz w zderzeniu z wizją obalenia dotychczasowego porządku dwóch skrajnie różnych światów wypada zaledwie blado. Światów funkcjonujących na dwóch, a może i trzech orbitach, oddalonych od siebie o lata świetlne… Nie, nie, nie… Proszę nie podejrzewać mnie o niewdzięczność – jestem dozgonnie wdzięczna swoim rodzicom, że przyjęli nas pod swój dach (dosłownie, bo mieszkamy na poddaszu), jednak sytuacja ta generuje tak wiele niedogodności dla obu stron, że w duchu odliczam każdy dzień do kolejnej przeprowadzki. W spokojny, poukładany dzień moich rodziców rozpoczynający się o dziewiątej rano, a kończący o dwudziestej drugiej wtargnął tajfun, tłukący się po łazience od piątej trzydzieści i kończący działalność około północy, lub nawet później – bo córka najbardziej lubi uczyć się nocami. Na nic przekonywanie, że nikt nikomu nie przeszkadza, na nic prośby, byśmy czuli się jak u siebie – ja wiem, że i oni czują się skrępowani naszą obecnością i odczuwają jej konsekwencje. Koniec i kropka.

Wielopokoleniowe rodziny mają szansę funkcjonować tylko tam, gdzie model życia wszystkich jej członków nie odbiega od siebie zbyt wiele i tylko tam, gdzie taki stan rzeczy sankcjonuje wielowiekowa tradycja. W naszym kręgu kulturowym, w naszej cywilizacji, w naszej rzeczywistości mieszkanie z rodzicami powinien uzasadniać jedynie wiek szczenięcy dzieci lub sędziwy rodziców… Ewentualnie wyjątkowe okoliczności. Amen.

stat4u