Widzę tylko tyle, ile widać w moim zwierciadle...
piątek, 30 listopada 2012
Jak żyć?

- Moje dziecko przyszło na świat w listopadzie, więc w końcówce roku. Nie wyobrażam sobie, by poszło do szkoły wieku niecałych 6 lat razem z dziećmi urodzonymi w styczniu. W tym wieku to przepaść. Czy rząd zamierza coś z tym zrobić?

- To skandal! Obserwuję swoje dziecko, które obecnie uczęszcza do przedszkola i stwierdzam, że dziecko jest absolutnie nieprzygotowane, by pójść do szkoły w wieku 6 lat. Jeśli chcą skracać naszym dzieciom dzieciństwo, to niech je chociaż dobrze przygotują do wcześniejszego obowiązku szkolnego.

Po wysłuchaniu dyskusji toczącej się na antenie radiowej Trójki w cyklu „Za, a nawet przeciw” nasunęła mi się taka oto refleksja: Jak żyć, panie premierze? No jak żyć w kraju, który nawet swoich najmłodszych obywateli niewoli od kołyski i próbuje wciągnąć w kierat szkoły w wieku lat 6?

Urodziłam się czterdzieści lat temu w końcówce listopada jako siedmiomiesięczny wcześniak. Tak naprawdę powinnam urodzić się więc w następnym roku kalendarzowym. Gdy rodzice wysłali mnie do zerówki, miałam  5 lat. Z trudem dźwigałam ciężki tornister, bo dzieckiem byłam nader wątłym, lecz nikt z tego powodu szat nie rozdzierał, nie ronił łez, nie pytał premiera, czy raczej pierwszego sekretarza co zamierza z tym zrobić. Jedno jest pewne – żadna krzywda z powodu tak wczesnego pójścia do szkoły mnie nie dotknęła. Zadziwia mnie to dzisiejsze biadolenie, to  rozczulanie się nad dziećmi, które przeobraża je w kaleki, to wygodnictwo wyrażające się w oczekiwaniu, że to przedszkole i szkoła wychowa, przygotuje do życia i nauczy samodzielności. Ludzie! To Wy jako rodzice jesteście odpowiedzialni za to wszystko, czym próbujecie obciążyć szkołę, nauczyciela, ministra, czy premiera! Szału  dostaję patrząc na trzylatki wożone w wózkach dla wyłącznej wygody mamusi albo tatusia, którym nie chce się biegać za dzieciakiem. Oburza mnie nachodzenie dyrektora szkoły ze skargami na nauczyciela, który ma odwagę czegoś wymagać i egzekwować. Wkurwia mnie „bezstresowe wychowanie”, przeobrażające dzieci w potwory. Co to się porobiło przez te kilkanaście lat? Moja córka ma lat 19, nie zaś 119, a przepaść w myśleniu pomiędzy mną, a rodzicami dzisiejszych kilkulatków jest co najmniej pokoleniowa.

środa, 28 listopada 2012
Czterdzieści lat minęło

Czterdzieści lat minęło jak jeden dzień, czterdzieści lat i nawet dwa dni.

Nawał pracy, pośpiech i ogólny rozpiździel nie pozwolił mi obwieścić wszem i wobec, że oto dołączyłam do Stefa Karwowskiego, którego onegdaj uważałam za strasznie starego dziada. Ba! Nawet jego córka – Jagódka zdawała mi się prawie dorosła. No tak, ale to było jakieś trzydzieści lat temu.

Trzydzieści? Naprawdę? Dałabym głowę, że nie dawniej jak wczoraj. Dziś Stef nie wygląda jakby stał nad grobem, a Madzia wcale już nie przypomina wieloryba... Widocznie w okolicach czterdziestki zdecydowanie zmienia się percepcja. W całej tej uroczej piosence, którą jeszcze kilka miesięcy  temu śpiewałam swojemu mężowi, najbardziej przytłacza mnie  fragment  o tym, że „już bliżej jest niż dalej” oraz „nie wbijaj w głowę, żeś przeżył połowę, ale że dopiero pół”. Hmmm… wypadałoby sobie szczerze powiedzieć, że to lepsze pół już za mną, panie Rosiewicz. Taaaa, jakby przykrości było mało – obrobili nam wczoraj garaż. Tak w ramach spóźnionego prezentu urodzinowego. Dobrze, że samochód zostawili. Zadowolił ich ukochany rower męża. Najgorsze jest to uczucie – jakby mnie ktoś zgwałcił, podeptał.

Oczywiście, trochę się wygłupiam, trochę przesadzam. Urodziny miałam przemiłe, a czterdzieści lat to przecież jeszcze nie Armagedon. Dziś ludzie żyją dłużej, metryka wcale nie jest taka ważna, bardziej to co w sercu i głowie, i tak dalej i tak dalej… Wiem, wiem, wiem… Coś jednak się zmieniło i „nigdy już nie wróci”. Wszystkim czterdziestolatkom wszystkiego najlepszego, opcjonalnie  szczere wyrazy współczucia. Jak kto woli ;-)

stat4u