Widzę tylko tyle, ile widać w moim zwierciadle...
środa, 23 listopada 2011
Wiedzieć

Jesteś wschodem i zachodem słońca – pisał, lecz ona czuła, że jego dzień doskonale radzi sobie bez niej. To jej dzień nie radził sobie bez niego. Gdy któregoś dnia odszedł – nie powiedział dlaczego. W sercu została rana. Rozdrapywana ciągłym dlaczego nie miała szansy się zabliźnić. Czekała latami.

Zniknął sprzed drzwi rodzinnego domu, miał wtedy pięć lat. Chłopiec o twarzy anioła, pierworodny, ukochany syn. Zawróciła do domu tylko na chwilę po zapomnianą rzecz, gdy wróciła – syna nie było. Przeszukano całe miasto i okoliczne lasy, osuszono rowy. Bez rezultatu. Nie dowiedziała się, czy chłopiec zginął, czy został porwany, czy cierpiał, czy może wciąż żyje. Do końca dźwigała ten ciężar, żyła nadzieją.

Najtrudniej żyć z niewiadomym. Bolesne pytania pozbawione odpowiedzi powracają jak natrętne muchy. Krążą w głowie pomimo usilnych starań o to, by je odpędzić. Wiedzieć, zrozumieć – niezbędny warunek do tego, by pogodzić się z najbardziej okrutnym losem, szansa na to, by przejść żałobę, wyciszyć cierpienie i zacząć od nowa. Niewyjaśnione historie ciągną się wstęgą wątpliwości, rozpalają płomień złudnej nadziei, powracają bolesnym skurczem serca. Prawda bywa jak gorzka pigułka – budzi sprzeciw i odrazę, lecz najlepiej leczy. Z niepotrzebnej nadziei, z zaprzeczenia, z bezsilności, z udręki…

11:48, lady_lavender , rozmyślania
Link Komentarze (17) »
piątek, 18 listopada 2011
Żegnaj stare, witaj nowe

- Tato, idę z Tobą – krzyczałam radośnie, gdy wybierał się do garażu. Wkładałam buciki, chwytałam ojca za rękę i biegłam u jego boku w podskokach. Nie umiał żyć bez pracy, więc w czasie przerw między rejsami zajmował się mniejszym silnikiem. Przy samochodzie zawsze jest coś do zrobienia – mawiał wtedy i mawia do dziś, ubolewając jednocześnie, że we współczesnych autach niewiele można pogrzebać pod maską. Szłam z nim nie tylko po to, by popatrzeć co robi usmarowanymi po łokcie rękoma, lecz przede wszystkim po to, by pogadać z fiacikiem. Piękny, biały 125p towarzyszył mi od samego początku. Rodzice przywieźli mnie w nim do domu ze szpitala, w którym przyszłam na świat. Gdy ojciec był w domu – bardzo często podróżowaliśmy, robiliśmy wypady za miasto i dłuższe wycieczki. Nie wiem jak tata wpadł na pomysł tej zabawy, ale pamiętam, że traktowałam ją bardzo serio.

- Samochodziku, nie bolą cię nóżki? – pytałam zatroskana, gdy jechaliśmy w długą trasę.

- Nie, nie bolą. Lubię sobie pobiegać – odpowiadał ojciec zmienionym głosem, a ja byłam przekonana, że rozmawiam z fiacikiem. I tak ze wszystkim – ale się dobrze najadłem – mówił samochodzik, gdy zatankowaliśmy paliwo, bucik mi się zepsuł – gdy złapaliśmy gumę, muszę odpocząć – gdy zatrzymywaliśmy się na postój… W garażu opowiadał mi o bolącym brzuszku, w którym trzeba zrobić coś tam, o oczkach w których trzeba wymienić żarówki, żeby dobrze widział. Uwielbiałam tę zabawę i wolałam od każdej innej. Sprawiła ona, że pokochałam fiacika całym sercem. Przyszedł jednak taki moment, gdy samochód trzeba było sprzedać, a mi pękało serce. Bardzo długo płakałam, czułam się tak, jakby ojciec sprzedał mojego przyjaciela.

Może to ta dziecięca zabawa, a może po prostu moja natura sprawiła, że bardzo przywiązuję się do rzeczy, do miejsc… We wszystkim widzę duszę, o wszystko co mam bardzo dbam. Dwa tygodnie temu sprzedałam mojego ukochanego, dwudziestoletniego fiacika (tak, tak – znów ta sama marka).  Gdyby nie to, że mąż dostał samochód służbowy – jeździłabym nim dalej. Stan idealny, ani śladu rdzy, silnik jak nowy i choć nie miał wspomagania kierownicy i rozlicznych gadżetów – był moim ukochanym samochodzikiem, najlepszym na całym świecie. Znów płakałam. Tydzień temu sprzedałam mieszkanie, nareszcie się udało. Za tydzień przeprowadzka. Cieszę się, lecz równocześnie bardzo mi ciężko. W tym mieszkaniu doszłam do siebie po rozwodzie, w nim ułożyłam sobie życie od nowa, w nim nabrałam sił i wyleczyłam rany. Moje mieszkanko, mój azyl…

Życie idzie naprzód, a ja wraz z nim. Żegnam stare, witam nowe. Z radością i ze łzami w oczach.

10:57, lady_lavender , rozmyślania
Link Komentarze (24) »
wtorek, 15 listopada 2011
Niebo - miejsce dla naiwnych

Mówią, że nic w przyrodzie nie ginie… jeśli wierzyć fizyce – jedynie zmienia stan skupienia. Zastanawiam się w co takiego zamienia się cierpienie, niespełniona miłość, udręka choroby, biedy, samotności, niewoli... Wersja dla wierzących wspomina coś o życiu wiecznym, lecz ta perspektywa przestała do mnie przemawiać wiele lat temu. Najwyraźniej brak mi wyobraźni.

 Niebo – miejsce dla naiwnych, śpiewał kiedyś Jacek Skubikowski. Przyznam, że wizja tej  bardzo odroczonej w czasie i jakże niepewnej nagrody, a przede wszystkim brak jakichkolwiek dowodów na to, że ktokolwiek rzeczywiście jej doczekał, skłania mnie do przyznania mu racji.

Zazdroszczę wierzącym. Szczerze wierzącym w zadośćuczynienie, w nagrodę życia wiecznego, w win odkupienie. O ileż łatwiej jest żyć z nadzieją na lepszy los, niczym nie zakłóconą szczęśliwość i sprawiedliwe wyrównanie doczesnych udręk… o ileż łatwiej żyć z przekonaniem, że wystarczy rachunek sumienia, spowiedź i rozgrzeszenie, by zmazać grzech i własne przewiny. Przez dwa tysiące lat biznes sprzedający coś czego nikt nigdy nie widział, nie doświadczył, nie zweryfikował zbudował bezprecedensową potęgę. Tyle, że Kościół nie zarabia kasy jedynie na mrzonkach i mglistych wizjach, a raczej na spokoju ducha, o który trudno gdy wyrzutów sumienia nie zmazuje dziesięć razy odmówiona zdrowaśka i Dzieje Apostolskie odczytane w akcie pokuty.

Trudno żyć z wiarą wyłącznie we własne siły i z pełną odpowiedzialnością za własne czyny, bez nadziei na rozgrzeszenie i życie wieczne. Niechże tylko nikt mnie nie nawraca. To trzeba czuć głęboko w sobie, inaczej nie ma sensu. Poza tym jestem zdania, że jeśli Pan Bóg rzeczywiście istnieje – rzeczą absolutnie niegodną i bezsensowną jest Go oszukiwać. Przecież On i tak wszystko wie…

11:12, lady_lavender , rozmyślania
Link Komentarze (46) »
czwartek, 03 listopada 2011
Kryzys, brat Ramzesa

Bladoróżowy świt przywitał mnie dziś perłową poświatą. Czerwone światło listopadowego poranka utknęło w gęstej mgle, świat okryty matowym kloszem znieruchomiał w bańce wilgotnego powietrza.

Narasta we mnie zniecierpliwienie, czuję się tak, jakby i mnie ktoś zamknął w przestrzeni, z której nie mogę się wydostać. Wiedziałam, że na ryku nieruchomości panuje zastój, ale nie miałam pojęcia, że aż taki. Sprzedaż mieszkania w obecnych warunkach graniczy z cudem. Trzeci raz obniżamy cenę i nic… Myśl o tym, że część pieniędzy z tego mieszkania musi być przeznaczona na wyposażenie nowego coraz bardziej depcze mi po piętach. Budżet niebezpiecznie ewoluował bowiem ku rejonom, w których to, co mamy wystarczy tylko do pewnego momentu. Co jeszcze mogę zrobić? Nie oddam przecież mieszkania za zupełny bezcen. Szlag by to trafił… Gdybym miała wolną kasę, na pewno przeznaczyłabym ją na zakup nieruchomości. Najgorszy czas na sprzedaż, najlepszy na zakup. Tak oto na własnej mocno zatroskanej skórze odczuwam skutki kryzysu...

stat4u