Widzę tylko tyle, ile widać w moim zwierciadle...
Blog > Komentarze do wpisu
Dwie przeprowadzki, trzy światy, jeden problem

Nie tak dawno wspominałam o problemach ze sprzedażą mieszkania, o tym, że czuję się bezradna i że tkwię w marazmie. No to już nie tkwię –  zgodnie z zasadą, że jak nic to nic, a jak już coś, to wszystko na raz…  Dyktatura nabywcy panująca niepodzielnie na dzisiejszym rynku nieruchomości bezlitośnie wyeksmitowała mnie z mieszkania w trybie natychmiastowym. Miłościwie Kupujący oświadczył bowiem, iż na załatwienie formalności daje nam dwa dni, a na wyprowadzkę dwa tygodnie. Cóż było robić? W obliczu takich, a nie innych okoliczności przyrody spięliśmy grzecznie cztery litery i w morderczym tempie dokonaliśmy niemożliwego. Spółdzielczo – notarialno – meldunkowe  formalności załatwiły się w półtorej doby, przyprawiając nas o stan przedzawałowy, zaś spakowanie całego życia do kartonów dokonało się popołudniami w ciągu tygodnia. Wszystko biegło w takim tempie, że miałam wrażenie, iż dzieje się gdzieś poza mną… Prace wykończeniowe w nowym mieszkaniu dopiero ruszyły, stanęłam więc w obliczu fundamentalnego problemu – co zrobić z  niezliczoną ilością kartonów i przede wszystkim z samą sobą, a nade wszystko z moją rodziną i kotem.

Takim oto sposobem splot zdarzeń wszelakich sprawił, że po dwudziestu latach musiałam sobie przypomnieć jak to jest mieszkać z rodzicami. Wizja dwóch przeprowadzek w ciągu miesiąca nie jest niczym przyjemnym, lecz w zderzeniu z wizją obalenia dotychczasowego porządku dwóch skrajnie różnych światów wypada zaledwie blado. Światów funkcjonujących na dwóch, a może i trzech orbitach, oddalonych od siebie o lata świetlne… Nie, nie, nie… Proszę nie podejrzewać mnie o niewdzięczność – jestem dozgonnie wdzięczna swoim rodzicom, że przyjęli nas pod swój dach (dosłownie, bo mieszkamy na poddaszu), jednak sytuacja ta generuje tak wiele niedogodności dla obu stron, że w duchu odliczam każdy dzień do kolejnej przeprowadzki. W spokojny, poukładany dzień moich rodziców rozpoczynający się o dziewiątej rano, a kończący o dwudziestej drugiej wtargnął tajfun, tłukący się po łazience od piątej trzydzieści i kończący działalność około północy, lub nawet później – bo córka najbardziej lubi uczyć się nocami. Na nic przekonywanie, że nikt nikomu nie przeszkadza, na nic prośby, byśmy czuli się jak u siebie – ja wiem, że i oni czują się skrępowani naszą obecnością i odczuwają jej konsekwencje. Koniec i kropka.

Wielopokoleniowe rodziny mają szansę funkcjonować tylko tam, gdzie model życia wszystkich jej członków nie odbiega od siebie zbyt wiele i tylko tam, gdzie taki stan rzeczy sankcjonuje wielowiekowa tradycja. W naszym kręgu kulturowym, w naszej cywilizacji, w naszej rzeczywistości mieszkanie z rodzicami powinien uzasadniać jedynie wiek szczenięcy dzieci lub sędziwy rodziców… Ewentualnie wyjątkowe okoliczności. Amen.

czwartek, 01 grudnia 2011, lady_lavender
Komentarze
2011/12/01 11:03:59
Szczęśliwie to jedynie sytuacja przejściowa. W temacie rodzin wielopokoleniowych ja akurat nie powinnam się wypowiadać, bo temat jest mi całkowicie obcy. Pewien Irakijczyk tłumaczył mi niedawno, ze podstawowa różnica miedzy nami (Europa) a nimi (Bliski Wschód) polega na tym, ze u nas najważniejsza jest jednostka, a u nich rodzina. Stąd się wszystko bierze i dlatego nam łatwiej pokolenia rozdzielać, a im łączyć:)))
-
2011/12/01 11:13:03
No właśnie - uwarunkowania kulturowe nade wszystko. Fakt, że u nich rodzina, a u nas jednostka - też się skądeś tam bierze. U nich na ten przykład jednostaka w postaci kobiety nie jest w stanie samodzielnie funkcjonować, u nas - jak najbardziej. Tam życie w rodzinie zwiększa szanse na przeżycie wszystkich jej członków i choć również u nas wspólne życie jest łatwiejsze, to jednak samodzielność jest w zasięgu możliwości każego. Podział ról nie jest tak jednoznaczny.
-
2011/12/01 11:20:41
obys jak najszybciej znalazla sie na swoim!

u nas tez sie nagle szybko zrobilo, w niespelna trzy tygodnie dwoch chlopakow z Polski, wywalali sciany, budowali nowe, rigipsowali cala gore, a na koniec malowali, doprawdy mistrzostwo swiata! nie musielismy nigdzie mieszkac na szczescie, choc trudnosci z terminem przeprowadzki, jak zwykle byly, ale sie zaparlam i wigilie jedlismy wsrod kartonow, ale u siebie :)
-
2011/12/01 11:28:45
Tak, Margo... w ciągu ostanich tygodni doświadczyłam z całą mocą zjawiska względności czasu. Najpierw mijał tak szybko, że goniłam kazdą minutę. Teraz chciałabym przyspieszyć zbyt powolne wskazówki... :-)
-
2011/12/01 11:58:34
oj znam, znam! od 21 czerwca do 23 grudnia tegoz samego roku, czas po prostu oszalal, nowy chlop, nowe zycie, nowy dom, szalenstwo po prosru :)))

a co do pokolen, to z krotka przerwa mieszkalam w takim domu, smiesznie bylo, matka darla koty z babcia i ze mna, ja zas sie z dziadkami doskonale rozumialam, nie mniej jednak to bylo w duzej czesci powodem mojego wyjazdu tutaj, moj kolega Palestynczyk wlasnie dziwi sie, ze niemieckie rodziny nie mieszkaja razem, rodzina to podstawa, a ja jemu na to ze z rodzina, to na zdjeciu, nie pojal :)))
no i co tu duzo mowic, rodzice, rodzicami zawsze beda, ale pijecie rodzina, to dzieci i maz
-
2011/12/01 17:30:03
Gratuluję zorganizowania - podziwiam, bo wiem jak czasem ciężko wszystko załatwić i jak na głowie stawać trza :)
Ja mieszkam w takiej wielopokoleniowej rodzinie. Przez czas jakiś nawet 4 pokolenia pod jednym dachem mieszkały. Na wsi to jest normalne. Ja mam o tyle dobrze, że ja z dzieciakami mieszkam na jednej kondygnacji a rodzice na drugiej. Każda kondygnacja jest niezależna, z oddzielnymi łazienkami, kuchniami i wejściami - może dzięki temu funkcjonujemy bezkolizyjnie :)
I uwierz, gdyby przyszło Wam mieszkać razem dłużej też wypracowalibyście jakiś kompromis - jednak co swoje to swoje i życzę szybkiej przeprowadzki na swoje.
-
2011/12/01 17:43:40
Donna, jak bxm Ci wsadzila na etaż moja matke, albo ojca mojego meza, dlugo bys musiala szukac kompromisow, az w koncu bys szukala wlasnego kata :)))
-
2011/12/02 08:00:29
Dziękuję Donka, rzeczywiście - nie było łatwo...
Skoro macie osobne kuchnie, łazienki i wejścia do swoich mieszkań, to jak najbardziej możecie funkcjonować bezkolizyjnie. Coś na kształt sąsiadów - w jednym domu, lecz nie w tym samym mieszkaniu. Nikt nikomu nie przeszkadza, nikt nikomu do garnków nie zagląda... :-)
-
2011/12/02 08:03:14
Margo, bez wątpienia istnieją ludzie, z którymi cięzko jest wytrzymać pod jednym dachem nawet jeden dzień... na szczęście nas ten problem chyba nie dotyczy :-) Póki co :-)))
-
2011/12/02 14:24:56
Lady... jak to nikt nikomu do garnków nie zagląda?! przecież bym z głodu umarła ;) za to nikt nikomu do łóżka nie zagląda ;)

Marga, pewnie masz rację. Choć pod jednym dachem, żyłam z osobą, która się ciągle obrażała i miała pretensje do wszystkich i o wszystko... Dzięki losowi teraz mieszkam ze swoimi rodzicami, z którymi się dogaduję bez problemów i choć bywają spięcia to żyję w komfortowych warunkach. Dzięki temu, że mieszkam z rodzicami zawsze mam z kim Diabły zostawić i nie muszę się o nich martwić.
-
2011/12/02 14:29:03
Hahaha, Donka... masz rację, w takim przypadku można to zaliczyć na plus. W sumie i ja zaczynam doceniać luksus powrotów do domu, w którym czeka obiad:-)
-
2011/12/12 13:23:34
A ja wiele bym dała za możliwość mieszkania z Mamą, ale to pewnie z tęsknoty, pozdrawiam przedświątecznie :)
-
2011/12/19 20:47:30
Amen. Jak nic. Jak pomyślę, że miałabym zamieszkać na innej orbicie... brryyy. Chociaż ich kocham i szanuję. Bryyy....
-
2011/12/23 08:48:52
Jagulinko, taka już nasza przewrotna ludzka natura - pragniemy tego, czego nie mamy...
-
2011/12/23 08:49:23
Zen, prawda? Chociaż kocham i szanuję... ;-)
stat4u